Biuro prasowe
PiS zniszczył elementarny poziom zaufania, który jest niezbędny do utrzymania wspólnoty politycznej

Piotr Zaremba: Czy to Grzegorz Schetyna zgłosił się z pomysłem wystawienia pańskiej kandydatury na prezydenta Wrocławia, czy pan do niego?

Kazimierz Michał Ujazdowski*: Po tym, jak wystąpiłem w obronie Trybunału Konstytucyjnego, bardzo wiele osób, także z Wrocławia, mówiło mi: proszę nie stać z boku, proszę się przyczynić do tego, żeby opozycja była silniejsza. Doszedłem do wniosku, że po latach reprezentowania Wrocławia w Sejmie i Parlamencie Europejskim całkowite poświęcenie się sprawom wrocławskim jest tą odpowiedzią. Miasta będą rozstrzygały o jakości życia w większym stopniu niż kiedykolwiek. Jednocześnie kierowanie dużymi miastami będzie trudniejsze niż dotychczas, widzimy ogromną presję centralizmu.

I zadzwonił pan z tym do przewodniczącego PO?

Od miesięcy rozmawialiśmy z Grzegorzem Schetyną o sytuacji politycznej. To nie była jedna rozmowa. Podkreślam, nie chcę dla siebie żadnej innej politycznej roli niż wzięcie odpowiedzialności za jakość życia we Wrocławiu.

Wszedł pan jednak do gabinetu cieni PO.

Chcę wesprzeć opozycję w procesie rekonstrukcji rządów prawa i reform ustrojowych. Ale to rola wspierającego. Z punktu widzenia przyszłości samorządu to są także kluczowe zagadnienia.

 Konsekwentna wizja samorządności zakłada, że lokalna społeczność sama wyłania sobie kandydata. Pana Schetyna przywiózł w teczce.

Grzegorz Schetyna zarekomendował mnie miejskim strukturom PO. Podejmowały tę decyzję po otwartej dyskusji, pod kontrolą mediów. Padały też głosy krytyczne.

Schetyna to polityk, któremu leży na sercu los samorządności w Polsce?

Mam dobre doświadczenia ze współpracą z nim. W 2002 r. współtworzyliśmy samorządową koalicję PO-PiS. Wygrała wtedy dobra opcja dla Wrocławia, bo umieliśmy ze sobą rozmawiać i dotrzymać danego sobie słowa.

Eric Alira i Elżbieta Zakrzewska to radni PO sejmiku dolnośląskiego, których w 2008 r. Grzegorz Schetyna kaptował, aby mu pomogli obalić marszałka województwa z ramienia PO Andrzeja Łosia. Robił to jako sekretarz generalny partii i członek rządu Tuska. Alirę zatrudnił w klubie sportowym Zagłębie Lubin. Panią Zakrzewską w szpitalu MSW w Jeleniej Górze. Podoba się panu taki model?

Rywalizację wewnątrz obozu PO obserwowałem z zewnątrz. Pamiętam, że bywała twarda, obserwowałem z zaskoczeniem sposób, w jaki inna frakcja odbierała Schetynie władzę w regionie.

A skargi Rafała Dutkiewicza, prezydenta Wrocławia, że rząd Tuska naciska na niego, bo nie chce się on związać z Platformą. W grę wchodziło odmawianie inwestycji.

Dutkiewicz podjął potem współpracę z Platformą. Dowód z jego słów nie ma wielkiej mocy.

Może uznał, że nie warto się kopać z koniem?

Naukowe badania Rafała Matyi i Dariusza Mącarza o rozwoju miast Dolnego Śląska po 1998 r. pokazały, że samorządność w regionie, we Wrocławiu nie miała się źle. Przez ponad 20 lat wspierałem Wrocław jako parlamentarzysta i minister. W 1998 r. to na mój wniosek AWS-owski Sejm podwoił budżet Ossolineum, dzięki czemu ta instytucja wygląda tak pięknie. To samo można powiedzieć choćby o Centrum Historii Zajezdnia. Dziś wrocławska PO jest nastawiona na odnowienie potencjału Wrocławia. Brak autokrytycyzmu widać wśród współpracowników Dutkiewicza.

Czyli Schetyny nie ma co obwiniać o stare zamachy na samorządność?

Ale to co widzimy dzisiaj jest nie do porównania z tymi praktykami. Nawet 10-tysięczna dotacja na niewinny koncert z udziałem dzieci staje się problemem politycznym. Mówimy nie o rywalizacji i grze politycznej między rządem a samorządem, partią a lokalnymi siłami politycznymi, ale ograniczaniu swobody działania, wrogiej kontroli.

Radny Alira dostał pracę w Zagłębiu Lubin. Klub należał do KGHM, kontrolowali go polityczni protegowani Schetyny. Naprawdę chce pan wraz z nim walczyć z upolitycznianiem spółek?

Opozycja, żeby wygrać wybory z PiS, musi być wolna od słabości sprzed 2015 r., jednak skalę tego, o czym pan mówi, dzielą lata świetlne od tego, jak obecny obóz władzy niszczy standardy.

A jak już opozycja wygra? Nie wróci do starych praktyk?

Zwycięstwo wyborcze PiS pokazało, że to muszą być inne rządy. Wszyscy wyciągamy wnioski z przeszłości, opozycja także.

I nagnie się do tego Schetyna, partyjny boss, który przez lata ręcznie sterował wszystkim? Także samorządami.

Jeśli proponuję wraz z Grzegorzem Schetyną nowe przesłanie opozycji: „Państwo bezstronne, nowe zasady rekrutacji do spółek”, to biorę odpowiedzialność za jego realizację.

To kawałek wywiadu, którego udzielił mi pan w 2012 r. – na temat rządów PO. „Dziś mamy rzeczywisty system oligarchiczny. Miller mógł tylko marzyć o tak monopolistycznej władzy. Ta władza czerpie siłę z poparcia mediów, służb specjalnych, biznesu, administracji. To jest system politycznego panowania, bo nie rządzenia. I ten system jest sprzeczny z europejskimi standardami”.

Miałem wtedy poczucie, że system się zamyka, to prawda. Ale my teraz mamy do czynienia nie z czyjąś słabością. Wtedy respektowano wartości konstytucyjne. Dziś łamie się prawo. Sytuacja po 2015 r. wyznaczyła radykalnie inny punkt oceny dla tamtych rządów. Nie wycofuję się z nich, ale dziś mamy nadzwyczajną sytuację. PiS zniszczył elementarny poziom zaufania, który jest niezbędny do utrzymania wspólnoty politycznej.

Mówił pan wtedy: „Partia rządząca nie ma kultury wolnościowej. Formacja, która mieni się być liberalną, przeforsowała system zbierania danych o uczniach przez MEN, który nie jest charakterystyczny dla liberalnego państwa”.

I w tej sprawie niezależny Trybunał Konstytucyjny Rzeplińskiego stanął po mojej stronie. Platforma to zaakceptowała, bo istniały reguły, którym poddaje się władza. Istniała demokracja konstytucyjna, teraz została zniszczona przez PiS.

Ale pana opis ludzi PO był pesymistyczny. Skoro sparzył się pan na jednych, potem – może mocniej – na drugich, należało na jakiś czas stanąć z boku?

Zdecydowałem się nie na komfort, lecz odpowiedzialność. Powiedziałem: jeśli przegram wybory, rezygnuję z kariery parlamentarnej.

Na Marszu Wolności, imprezie niewrocławskiej, stał pan za Danielem Olbrychskim, który zagrzewał do walki z PiS. A zapowiada pan, że będzie we Wrocławiu walczył z nienawiścią.

Na Marszu Wolności dominował przekaz bardzo pozytywny. Nie było tam złości.

Teza Olbrychskiego, że Kaczyński jest gorszy niż Gomułka i Gierek, jest pozbawiona złości? Pan ją akceptuje jako wieloletni polityk PiS?

Uważam, że wobec tego wszystkiego, co się dziś dzieje w Polsce, powinienem być w tamtym miejscu.

„Gazeta Wyborcza”, Władysław Frasyniuk przedstawiają pana jako katolickiego fundamentalistę. To upokarzające?

Przykro mi, że stawia mi się zarzuty w oparciu o nieprawdziwe cytaty. Moje rzekome słowa, z których miało wynikać, że jestem homofobem, to nie cytat, a spreparowane omówienie wypowiedzi sprzed 14 lat z „Trybuny”. W polityce zawsze byłem rzecznikiem współpracy. Przypomnę wspólną z PO próbę napisania europejskiego rozdziału konstytucji w 2011 r. Od prezydenta mieszkańcy Wrocławia oczekują poprawy jakości życia w mieście. Deklaruję, że będę tonował spory światopoglądowe.

Podjął pan, konserwatysta, współpracę z partią, która popiera czarne protesty i wyrzuciła kilku swoich posłów za głosowanie przeciw aborcji na życzenie.

Ja biorę odpowiedzialność za dobre rządzenie Wrocławiem i za odbudowę rządów prawa. Nie politykuję na szczeblu narodowym.

Jako członek gabinetu cieni pan politykuje.

Budowanie alternatywy dla rządów PiS wymaga ryzyka i przezwyciężania różnic.

Powiedział pan, że kandydatka PiS Mirosława Różecka-Stachowiak nie będzie się w tych wyborach liczyć. Na razie macie, ona i pan, zbliżone wyniki. A pierwszy jest człowiek Dutkiewicza Jacek Sutryk. To może Sutryk i Różecka przejdą do drugiej tury?

Jestem przekonany, że wejdę do drugiej tury. W stawce kandydatów reprezentuję dążenie do mądrej zmiany w mieście. Pani Różecka jako posłanka pracowała nad demontowaniem w Polsce rządów prawa, jednocześnie sama niczym oryginalnym w swojej pracy parlamentarnej się nie może pochwalić. Obóz Rafała Dutkiewicza z kolei chce prostej kontynuacji, nie dostrzega nadejścia nowej epoki ani błędów ostatnich lat. Chce odcinania kuponów i jest sparaliżowany perspektywą zmiany. Z obawy przed nią był nawet gotów dać wyróżnione miejsce SLD, którego kandydatem staje się Jacek Sutryk. Ale cieszę się, że mamy prawdziwą konkurencję.

Nie tak dawno zaprzeczał pan, że będzie startował na prezydenta Wrocławia, bo „miasto jest dobrze zarządzane”. Coś się zmieniło?

Bronię dorobku prezydentów Zdrojewskiego i Dutkiewicza. Jestem przeciwny dzikiej rewolucji, potępianiu wszystkiego. Ale mówię, że Wrocławiowi potrzebna jest mocna korekta na poziomie zarządzania. Wierzę w demokratyzację miejskiej polityki. Wrocław potrzebuje przywództwa czerpiącego siłę ze sprawczości, a nie splendoru i satysfakcji.

Prezydent Dutkiewicz ma kłopot z demokracją?

Ma kłopot z wciąganiem ludzi do współpracy. Ja chcę uprawiać politykę republikańską. Nie jestem człowiekiem podejrzliwym, zazdrosnym o czyjeś talenty i dobre pomysły. Jestem zwolennikiem silnych procedur demokratycznych: podmiotowego traktowania Rady Miejskiej. Powierzenia szefostwa komisji rewizyjnej działaczowi opozycji. Bycia wzorem w respektowaniu prawa obywatela do informacji publicznej. Szerszego stosowania referendum. Większej przejrzystości, łącznie z kodeksem otwartości urzędu napisanym z organizacjami pozarządowymi.

Więc mówi pan: za Dutkiewicza tego wszystkiego nie macie.

Mówię, co trzeba zrobić.

Zapowiada pan coś, czego nie robiła PO na szczeblu centralnym ani w samorządach.

Wszyscy się uczymy, opozycja także. A we Wrocławiu PO nie jest formacją rządzącą, mnie zresztą zachęcali do włączenia się po stronie opozycji ludzie kiedyś krytyczni wobec Platformy. No i robimy razem rzeczy konkretne. Właśnie zgłosiliśmy z posłanką Augustynowską pomysł na „bon malucha” na poziomie miasta. Będzie on prowadził do poprawy opieki przedszkolnej w mieście i wesprze młode rodziny, przede wszystkim kobiety.

Co pana różni w wizji miasta od konkurentów?

Będę prezydentem uczciwym i skutecznym. Kandydat obecnej władzy w mieście zasugerował ostatnio, że na miejską politykę większy wpływ mają deweloperzy niż władze. Ja nie godzę się z bezradnością i nie będę uchylał się od odpowiedzialności. Każda inwestycja miejska powinna przechodzić test społeczny. Jest takie duże osiedle, dzisiaj ponad 2 tys. mieszkańców, a w planie 10 tys., o którym nie wie nawet wielu wrocławian: Lipa Piotrowska. Zbudowano je bez żłobka i bez szkoły. Gwarantuję, że takie przypadki nie będą się powtarzać.

Nie czuje się Pan samotny? Współpracuje Pan z ludźmi, z którymi nic Pana nie łączyło.

Nie. Samotność odczuwałem gdy broniłem niezależności Trybunału. Z Warszawy tego nie widać, ale ja wychowałem we Wrocławiu kilka roczników młodych ludzi. We wrocławskiej Platformie spotkałem wielu ludzi przejętych przyszłością miasta. To daje poczucie sensu.

 

Wywiad ukazał się na stronach www.dziennik.pl

Instytucje i ludzie

Serdecznie polecamy tekst „Ludzie i instytucje” Kazimierza Ujazdowskiego dostępny w publikacji „Problemy z naszym państwem”.

W moim Wrocławiu nie będzie miejsca na nienawiść. Będę ją wypalał żelazem – wywiad

Jak się wychodzi z PiS?

Nie powiem, żeby to było przyjemne.

Telefony od kolegów przestają dzwonić?

Przestają. Współpracownicy albo ludzie uchodzący za „związanych z Ujazdowskim” odczuli to na własnej skórze.

A pan w jaki sposób odczuł?

Niektórzy koledzy się odwracają, skracają się rozmowy na korytarzu. Sceny z kina moralnego niepokoju.

Jest pan długie lata w jakimś środowisku. Ma pan przyjaciół, znajomych, wspólne przeżycia i doświadczenia, prywatne i polityczne. Wspólne poglądy. W pewnym momencie zaczyna pan sobie zdawać sprawę, że już tu nie pasuje. Że już panu z nimi nie po drodze.

Dla mnie to było przeżycie na poziomie egzystencjalnym, tożsamościowym, nie politycznym. Przez całe lata byłem zwolennikiem głębokich reform w Polsce. Ale w ramach cywilizowanych reguł zachodniej tradycji prawnej.

Przeważył zamach PiS na sądownictwo?

Gdybym milczał, straciłbym tożsamość, wiarygodność i możliwość działania na przyszłość. Zaprzeczyłbym samemu sobie i wartościom, dla których jestem w polityce. Temu, w co wciąż wierzę: że polityka jest po to, aby budować państwo i instytucje dla wszystkich, reguły demokracji konstytucyjnej należy reformować i poprawiać, a nie podważać i osłabiać, że w polityce jest miejsce na rywalizację i spór, który nie może jednak niszczyć wspólnoty i reguł.

Protestował pan w ramach PiS?

Starałem się, mówiąc językiem prawa cywilnego, dołożyć wszelkiej staranności, żeby zapobiec katastrofie. W marcu 2016 proponowałem rozwiązanie sprawy Trybunału Konstytucyjnego, które zapobiegłoby jego dalszej destrukcji, szkodliwej dla Polski. Przez kilka miesięcy trzymałem się tego stanowiska. Gdy zorientowałem, się, że nie ma odwrotu, zrezygnowałem. Rozmawiałem z Jarosławem Kaczyńskim. Próbowałem…

Jak wyglądała rozmowa z prezesem? Słuchał pana czy zbył?

Słuchał.

Ale nie posłuchał.

Miałem w pewnym momencie wrażenie, że istnieje jakieś pole do przekonania go do mojego rozwiązania. Gdybym tak nie myślał, nie podejmowałbym rozmowy.

Wie pan, nosiłem to w sobie jak jakiś ciężar. Jeśli popełniłem błąd, to taki, że nie odszedłem wcześniej. Potem ludzie na ulicy zaczęli mi mówić: „Szanujemy, że pan wytrwał przy swoich poglądach i przeciwstawiał się tej destrukcji. A teraz niech pan nie stoi w rozkroku”. Mam poczucie, że to te głosy nadały sensu mojej decyzji o współpracy z opozycją. Miałem odwagę przeciwstawić się woli Jarosława Kaczyńskiego w fundamentalnej sprawie, będę miał siłę by walczyć o prawa samorządowe Wrocławia i jego dalszy rozwój.

Swoją kandydaturą wywołał pan bardzo nerwowe reakcje, również w samej PO.

Żeby skutecznie odpowiedzieć na politykę PiS i stworzyć alternatywę dla Polaków, formuła opozycji powinna być szeroka. To wymaga także nowego myślenia w PO, a to jest procesem.

Jaka w tym procesie będzie pana rola?

Jako prezydent zagwarantuję ochronę Wrocławia przed chorobami niesionymi przez politykę jakiej doświadczamy od 3 lat: pełnej nieufności, niszczenia instytucji, centralizmu – czyli skupienia całej decyzyjności w Warszawie. Do tego potrzebne są nie tylko chęci, ale duże doświadczenie polityczne i wiedza o funkcjonowaniu państwa, którą mam jako prawnik i konstytucjonalista. Chcę też pomóc opozycji w przygotowaniu programu reform ustrojowych, które uwzględnia konieczność kontynuacji reformy samorządowej. Tych zadań się podejmuję. Dla Wrocławia stawiam dzisiaj całe moje doświadczenie prawnicze, ministerialne, europejskie. Temu się poświęcę w całości.

Poseł Tomasz Cimoszewicz powiedział wprost: niech Ujazdowski przeprosi za atakowanie wyborców PO, a potem może dołączać do tej partii. Ma pan za co przepraszać? Przeprosi pan?

To prawda, że w przeszłości wypowiadałem krytyczne opinie o decyzjach PO, postulując bardziej ambitną i aktywną politykę. Za spory merytoryczne, które toczyłem, choćby gdy wnosiłem pakiet demokratyczny w Sejmie czy w komisji pracowaliśmy nad europejskim rozdziałem konstytucji, nie sposób przepraszać. Gdybym obraził ludzi popierających Platformę Obywatelską, słowa posła Cimoszewicza mogłyby być uzasadnione. To jednak nigdy nie miało miejsca. Każdy, kto rzetelnie obserwuje politykę w Polsce wie, że nigdy nie atakowałem współobywateli i wyborców jakiejkolwiek partii. Chcę też podkreślić, że nigdy nie wypowiadałem poglądów homofobicznych. Obcy jest mi język pogardy i emocji, które mają wyostrzać konflikt społeczny. Bardzo mi daleko do takiego rozumienia debaty politycznej. Dlatego też w latach 2010-2015 znacznie ograniczyłem moją obecność w mediach. Kluczowe jest to, że praktyka rządów PiS zmieniła bardzo wiele i inaczej wyznaczyła perspektywę oceny tego co przed nim, na nowo definiuje wyzwania kolejnych lat. Tylko największa siła opozycyjna ma potencjał naprawy tych szkód, które wydarzyły się po 2015 r. Lider PO z kolei dostrzegł konieczność poszerzenia spektrum opozycji i zaproponował mi start. To ostatecznie władze miejskie Platformy, po wyczerpującej i żywej dyskusji, wsparły moją kandydaturę.

Jak pan mówi o żywej i wyczerpującej dyskusji, to przypominam sobie, że Wrocław to miasto Grzegorza Schetyny i każdy lokalny polityk PO wiedział dobrze, że lepiej przeciw panu nie protestować.

Nie. Właśnie nie. To w Prawie i Sprawiedliwości otwarta dyskusja i głośno wypowiedziane zdanie odrębne wobec woli Prezesa jest nie do wyobrażenia.

To jak to było? Co mówili Panu politycy PO?

Były pojedyncze głosy krytyczne wobec postawienia na osobę  spoza środowiska lokalnej Platformy Obywatelskiej. Były one zresztą tak samo obecne wtedy, gdy kandydatką była prof. Alicja Chybicka. Znakomita większość reakcji ze strony parlamentarzystów, działaczy i ekspertów to gotowość do wspólnej i ciężkiej pracy. Ważne jest to, że w ostatnich tygodniach mogliśmy zacząć ze sobą intensywnie pracować. Poznałem we wrocławskiej Platformie wielu wartościowych ludzi, dobrze działające koła, spotkałem zainteresowanie pracami programowymi, kompetencje i żywy obywatelski zapał.

W Warszawie dało się zrobić tak, żeby PO i Nowoczesna miały wspólnego kandydata na prezydenta i wiceprezydenta. We Wrocławiu tak się zrobić nie dało. Może dlatego, że nie chcą głosować na konserwatystę?

Kandydat Nowoczesnej, Michał Jaros, deklarował start zarówno, gdy kandydatką PO była prof. Alicja Chybicka, jak i teraz, gdy jestem nim ja. Nic zatem się nie zmieniło. Liczę, że czas będzie pracował na rzecz mojej kandydatury, na rzecz PO jako głównej siły opozycyjnej oraz szerokiej formuły Koalicji Obywatelskiej. Przekonam nieprzekonanych w trakcie spotkań i gdy zaczniemy prezentować kolejne elementy programu dla wrocławian.

PiS w pana uderzy. Dla uciekinierów z okrętu Jarosława Kaczyńskiego nie będzie litości.

Ale ja nie jestem człowiekiem z cukru. I to gwarantuję mieszkańcom. A kadencja zacznie się w sytuacji, w której PiS rządzi krajem.

A jest pan taki pewny, że jak się będzie kończyła, to już nie będzie rządził?

Tak.

Skąd ta pewność? Jeśli z sondaży, to jeszcze za wcześniej skórę na niedźwiedziu pan dzieli.

Pewność stąd, że formuła PiS jako partii się wyczerpuje. Traci przewagę w najbardziej czułym punkcie.

Czyli?

PiS szedł do wyborów z przesłaniem: „Będziemy szanować ludzi bardziej niż poprzednia władza. Będziemy bliżej ludzi”. Proszę pana, to co jest teraz, to nie jest „bliżej ludzi”.

Transfer socjalny od państwa do ludzi jest rekordowy.

Ale towarzyszy mu pazerność działaczy PiS i dzika rewolucja w instytucjach państwowych i spółkach Skarbu Państwa. Skok na stołki, jakiego wcześniej nie było. I ludzie to widzą! To jest ten punkt, w którym PiS traci przewagę. A to właśnie ten czynnik zadecydował o zwycięstwie wyborczym.

W wywiadzie dla Gazeta.pl Grzegorz Schetyna broni pana przed zarzutami lewicy tak: „Ujazdowski nagle stał się dla części komentatorów najbardziej konserwatywnym politykiem w Polsce; on jest jeszcze bardziej zdumiony taką opinią niż ja”. I dodaje, że PO powinna mieć także konserwatywną nogę. Ta noga to m.in. pan. Radek Sikorski też był kiedyś bardziej na prawicy, nikt mu już tego nie pamięta. Pan jeszcze niedawno był wiceprezesem PiS.

Ale mój konserwatyzm zawsze sytuował się w centrum. Nie uczestniczyłem w wojnach ideologicznych. Tonowałem napięcia polityczne.

Na przykład mówiąc, że PiS jest „partią tolerancyjną także dla takiego dramatycznego przypadku, jaki dotyka homoseksualistów (…), „ale nie mylmy brutalnej propagandy postaw homoseksualnych z nawoływaniem do tolerancji. To jakieś szaleństwo i z punktu widzenia tego szaleństwa nasze rządy rzeczywiście będą czarną nocą”?

Stanowczo zaprzeczam, To nie był i nie jest mój język. W dyskusjach publicznych zawsze okazywałem szacunek wszystkim grupom i środowiskom. Jest to manipulacja. Niepodpisany z imienia i nazwiska autor „Trybuny” 13 lat temu posłużył się nie cytatem, a omówieniem mojej rzekomej wypowiedzi. Czy Pana nie dziwi ta cała historia? Jestem osobą publiczną od 30 lat i nigdy nie przypisywano mi poglądów homofobicznych, uchodziłem za bezstronnego ministra kultury i teraz nagle obwieszcza się, że jestem politykiem skrajnym? Za atakami dzisiaj kryje się intencja zdyskredytowania mojej kandydatury w oczach części opinii publicznej za pomocą stereotypu. Wrocław będzie miastem wolności i wzajemnego szacunku. Uważam, że należy wsłuchiwać się w różne głosy, zarówno z prawej, jak i z lewej. Ale decyzje polityczne powinny cechować się cnotą umiaru, a ich celem musi być integrowanie wspólnoty zamiast pogłębiania podziałów.

Jakim pan właściwie jest konserwatystą?

Konserwatyzm rozumiem bardziej jako szkołę sposobu myślenia niż jeden sztywny program polityczny. Dwie rzeczy były zawsze dla mnie najważniejsze. Po pierwsze: nacisk położony na dobrze urządzone państwo łączące wolność polityczną ze sprawnością władzy. Polscy konserwatyści byli instytucjonalistami, stali na stanowisku, że nie tylko dobre gospodarowanie, talent, współpraca społeczna, ale także dobre instytucje są warunkiem rozwoju. Po drugie: mądry patriotyzm. Konserwatyzm to wizja patriotyzmu będącego w opozycji do kosmopolityzmu i nacjonalizmu naraz.

A bliższy panu kosmopolityzm czy nacjonalizm?

Kosmopolityzm produkuje nacjonalizm.

Słucham!?

Właściwą odpowiedzią jest otwarty, inkluzywny patriotyzm. Nacjonalizm jest zjawiskiem kompletnie mi obcym. Wielokrotnie podkreślałem, że we wrocławskiej przestrzeni publicznej nie będzie miejsca na postawy skrajne i obecność ONR. Ponadto uważam, że polskie aspiracje muszą być realizowane w kontekście europejskim, przy pełnym szacunku dla praw innych narodów. PiS takie poglądy wypchnął na zewnątrz. Uznaje je za balast przeszkadzający w prostej komunikacji z wyborcami. Uważam, że budowanie szerokiej koalicji opozycyjnej, w której jest miejsce, jak mówi Grzegorz Schetyna, i dla mnie, i ludzi o orientacji lewicowej, jest naturalną, dobrą reakcją na monopolistyczną władzę. Jeśli pan zajrzy do najbardziej rzetelnej książki o polskim konserwatyzmie po 1989 roku, profesora Rafała Matyi, to widać w niej, że stroniłem od wszystkiego, co osłabiało i dzieliło polityczną wspólnotę. Konserwatyzm traktuje wojny ideologiczne jako ryzyko dla wspólnoty politycznej, krajowej i lokalnej.

A czy przez głosowanie można uczestniczyć w wojnie ideologicznej? Bo jest parę głosowań, w których pan brał udział, a które, jakby je przypomnieć w Platformie i na lewicy, niezbyt by się spodobały. 20.01.2011 r. – odrzucenie informacji premiera (wówczas Tuska) dotyczącej katastrofy smoleńskiej. 7.06.2011 r. – głosował pan za wezwaniem Rady Ministrów do umiędzynarodowienia śledztwa ws. katastrofy. 25.01.2013 r. – tego nie zapomni panu lewica: odrzucenie w pierwszym czytaniu ustawy o związkach partnerskich.

Głosowania nie są wyrazem wojny ideologicznej. Katastrofa smoleńska nigdy nie była dla mnie sprawą polityczną. Oczekiwałem na przekonywujące ustalenia ze względu na odpowiedzialność państwową i szacunek dla ofiar. Podobnie jak wielu obywateli boli mnie polityzacja tej sprawy. Powtórzę jednak po raz kolejny: dziś moim zadaniem publicznym jest start w wyborach na prezydenta miasta Wrocławia. Podejmuję się dla Platformy dwóch zadań: pracy w samorządzie jako – mam nadzieję – prezydent Wrocławia i kształtowania w ramach Gabinetu Cieni programu PO w dziedzinie rekonstrukcji rządów prawa i planów naprawy państwa, co także jest kluczowe dla rozwoju dużych polskich miast i ich roli w państwie. Alternatywa zaproponowana przez PO musi mieć coś nowatorskiego, nie żywić się sentymentem do tego, co było. Nie zamierzam natomiast uczestniczyć w polityce na poziomie krajowym i wstępować do partii politycznej. Chcę łączyć wspólnotę wrocławską, tonować napięcia światopoglądowe, przysłużyć się rozwojowi Wrocławia jako miejscu dobrego życia, bijącego własnym światłem w Polsce i Europie.

Panie pośle, łączenie wspólnoty i tonowanie napięć to ogólniki. A w sytuacji sporu między dwiema wizjami Polski – liberalno-lewicową i konserwatywną to jedna z najważniejszych spraw. Więc wracam do pytania o związki partnerskie i prawa osób LGBT.

Doprawdy te dylematy to nie jest domena polityki miejskiej i nie tego oczekują wrocławianie. Rozmawiam bardzo dużo z mieszkańcami, ludźmi o różnych poglądach, i nikt nie zadał mi pytania o te kwestie. Deklaruję jednak bardzo mocno: Wrocław pod moimi rządami będzie miejscem wolnej ekspresji dla ruchów LGBT, dla mniejszości seksualnych, w przestrzeni publicznej.

Konkret: przejdzie ulicami miasta Parada Równości?

Przejdzie. Jestem ostatnim człowiekiem, który by myślał o zakazie wyrażania poglądów czy prezentowania postaw. Pod wrocławskim niebem będzie przestrzeń wolności dla wszystkich tendencji poza tymi, które niosą nienawiść.

Ale regulacja ustawowa to już u pana nie przejdzie?

To nie jest obszar kompetencji samorządu i debaty miejskiej. Jeśli chodzi o moje osobiste zdanie, to jestem gotów wesprzeć rozwiązanie, które jest poza dyskusją – ustawę o osobie bliskiej. Reaguje na potrzeby zgłaszane m.in. przez środowisko LGBT, ale też przez osoby żyjące samotnie. Mogłaby dawać kluczowe uprawnienia o informacji w szpitalu czy przy dziedziczeniu.

Ale zdaje pan sobie sprawę, że dla wielu osób, nie tylko LGBT, to za mało?

Rozumiem. Jeśli pan mnie pyta osobiście: w sprawie ustawy o osobie bliskiej – jestem na tak. Ale za ustawą wprowadzającą związki partnerskie zrównane pod względem prawnym z małżeństwem nie mógłbym zagłosować. Po prostu takie są moje poglądy. Przy czym mówię otwarcie: nie pozwolę, żeby jakakolwiek mniejszość była we Wrocławiu nieszanowana. Wielokrotnie okazywałem wsparcie mniejszościom, np. wyznaniowym we Wrocławiu. Także wspólnocie żydowskiej. Jeśli będę prezydentem Wrocławia, to nie powtórzy się taki skandal, że pięć metrów od ściany ratusza…

…ktoś podpala kukłę Żyda.

Dokładnie. A Straż Miejska jest obecna, ale nie bardzo wiadomo, co właściwie tam robi.

Jak się pan poczuł, jak pan tę płonącą kukłę zobaczył?

Będę coś takiego wypalał żelazem. Podobnie jak szowinizm i nienawiść wobec jakichkolwiek mniejszości albo grup społecznych. Moim zadaniem będzie integracja wspólnoty mieszkańców Wrocławia i strzeżenie jego dobrego imienia. Chcę, żeby kreatywne pomysły z pola wrażliwości lewicowej znalazły udział w praktyce miejskiej. Mam na myśli redukowanie krzywdy społecznej, pomoc – większą niż do tej pory – samotnym matkom czy rodzicom dzieci niepełnosprawnych, debatę o modelu rozwoju urbanistycznego z uwzględnieniem większej roli budownictwa społecznego. Uważam, że polityka miejska to obszar, w którym rozmaite tradycje ideowe mogą się spotkać dla dobra wspólnego. Szczególnie, że i dla lewicy i dla wrażliwości chadeckiej to co wspólne jest podstawowym obszarem refleksji i troski. Pierwsze 20 lat po transformacji w Polsce to dominacja myślenia liberalnego, indywidualistycznego. Dzisiaj widzimy wyraźny intelektualny zwrot w stronę wspólnotowości i troski o to, co należy do nas wszystkich. Miasta są szczególnym miejscem odrodzenia myślenia o dobru wspólnym. Dlatego też w polityce miejskiej wolności gospodarowania, rzetelne reguły dla biznesu, bezstronności wobec przedsiębiorstw, które funkcjonują blisko publicznych inwestycji czy wydatków powinna towarzyszyć wyraźniejsza wrażliwość społeczna. Z nią wiąże się realna, a nie udawana, walka ze smogiem, za którą władza bierze odpowiedzialność, komunikacja publiczna dla wszystkich i na serio, dobra i dostępna szeroko edukacja oraz kultura, jakość i dostępność miejsc wspólnych w mieście w postaci otwartych zieleni i nabrzeży, czy po prostu niegrodzonej przestrzeni – te i inne kwestie pochodzą z tradycji socjaldemokratycznej, ale agora czyli wspólny plac czy rynek to także istota myślenia republikańskiego. W tym miejscu architektura i urbanistyka spotykają się z myślą polityczną.

To pan jak Tusk będzie konserwatywno-liberalnym socjalistą?

To słowa z tekstu Leszka Kołakowskiego o tym samym tytule, który daję moim studentom. Dziś wydaje się on idealistyczny w skali narodowej ze względu na totalną wojnę ideologiczną. Ale na poziomie polityki miejskiej jest to połączenie nie tylko możliwe, ale pożądane.

Czyli co, najlepiej jako polityk wziąć trochę z tego, trochę z tego i trochę z tego?

Tak! Wziąć najlepsze rzeczy i połączyć dla dobra wspólnoty. Wrocław potrzebuje zachowania tego, co najlepsze z dorobku prezydentów Zdrojewskiego i Dutkiewicza, i odnowy na takich polach jak partnerskie traktowanie innych uczestników polityki miejskiej: organizacji obywatelskich, ruchów miejskich czy po prostu grup mieszkańców. Przede wszystkim widzę potrzebę wytworzenia nowego modelu, w którym debata o mieście jest znacznie szersza, jej sercem jest Rada Miejska, a świat akademicki, parlamentarzyści i liderzy społeczni są zaangażowaniu w projektowanie rozwoju miasta.

To wszystko bardzo ładnie brzmi, tak łącząco, liberalnie, a potem jak przyjdzie co do czego, to stanie pan przed wyborami ideologicznymi. Przecież jednym z warunków poparcia pana kandydatury przez PO była obietnica, że poprze pan program in vitro, jeśli taki powstanie. A w sporze o Polskę już nie chodzi tylko o rządy prawa i sądy. Chodzi o społeczeństwo. Kwestie społeczne, prawa kobiet, prawa mniejszości, edukacja seksualna, edukacja w ogóle. W ciągu paru lat rozstrzygnie się, czy w Polsce wygra narracja liberalno-lewicowa, czy prawicowa. A miasta będą laboratoriami tego społecznego sporu. Wrocław też. Jak się pan w tym odnajdzie? Np. wprowadzi pan program in vitro?

Już mówię. Wrocławianie potrzebują i pragną wolności, wzajemnego szacunku, europejskości miasta, z którego są dumni. Jako prezydent to zagwarantuję. Myślę, że udowodniłem to jako minister kultury, gdy wspieraliśmy nawet ideologicznie dalekie mi projekty, choćby „Krytykę Polityczną”. Nie kierowałem się względami ideowymi, gdy nominowałem na stanowiska dyrektorów instytucji kultury. Nie chcę wymieniać całego szeregu tych dyrektorów o sympatiach lewicowych. Nikt mi nie zarzucił, że kogoś zwolniłem z powodów ideologicznych. To często nie podobało się politykom czy publicystom prawicowym i byłem z tego powodu atakowany. Ale pozostałem wierny przekonaniu, że państwo, instytucja publiczna, czy miasto nie jest łupem tej czy innej grupy, ale służy obywatelom, którzy maja różne poglądy i wrażliwości.

Trzy lata temu protestował pan przeciwko wystawianiu na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu sztuki „Śmierć i dziewczyna” – informuje „GW”. Czy to prawda?

Nie, to nieprawda. Nigdy nie cenzurowałem działalności artystycznej, a gdy byłem Ministrem Kultury chroniłem wolność instytucji, także Teatru Polskiego. Dbałem też o pluralizm. Kiedy tworzyłem Muzeum Historii Polski, szefem Rady tego muzeum został Władysław Bartoszewski, już wtedy opowiadający się przeciwko PiS [muzeum nie powstało do dziś – przyp. red.] Mam talent i nastawienie by integrować. Natomiast co do in vitro – nie traktuję tej kwestii jako przedmiotu wojny ideologicznej.

To dobrze, bo wielu traktuje.

A ja nie. Uważam, że u źródeł tego zagadnienia jest motywacja piękna – posiadania dzieci. W społeczeństwie, w którym coraz większa grupa ludzi traktuje dzieci jako ciężar, powinniśmy na to zareagować pozytywnie. Jesteśmy w kryzysie demograficznym. Gdyby to ode mnie zależało, to pewnie wolałbym rozwiązanie niemieckie, w którym in vitro jest zarezerwowane dla małżeństw.

A dlaczego tylko dla małżeństw? Miłość dwójki ludzi bez papierka lub ołtarza jest gorsza?

To kwestia ze sfery odpowiedzialności za dobro dziecka, myślę że to przyświeca prawodawcy niemieckiemu. Jeśli chodzi o miejski wymiar tego problemu, to po prostu zastosuję się do decyzji Rady Miejskiej, gdzie, mam nadzieję, dojdzie do szerokiej debaty. Ja decyzję wykonam.

Czyli z polityka stanie się pan urzędnikiem?

To nie powinna być decyzja, która zależy wyłącznie od prezydenta miasta. Wrocław nie powinien być teatrem jednego aktora.

 

 

z Kazimierzem M. Ujazdowskim rozmawiał Michał Gostkiewicz

wywiad dla www.gazeta.pl

Musimy bronić skarbu decentralizacji władzy i wolności samorządowych

Stawka na miasta

Polityka jest nie tylko sztuką naprawiania rzeczy, które działają źle, ale także umiejętnością wykorzystywania atutów. Polskim atutem są dziś sprawnie działające samorządy, odnowione miasta, odradzająca się tożsamość lokalna i poczucie identyfikacji Polaków z ich małymi ojczyznami. Atutem może stać się fakt, że inaczej niż pozostałe kraje naszego regionu, posiadamy co najmniej kilka miast, które w perspektywie dwóch dekad mogą stać się europejskimi metropoliami. Ale by tak się stało – program wsparcia takich aspiracji Trójmiasta, Wrocławia, Poznania czy Metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej musi stać się kluczową strategią polskiego państwa. A zarazem – by nie budzić obaw mniejszych ośrodków – częścią przemyślanej polityki miejskiej dostrzegającej wartość miast dużych i średnich.

Taka strategia, by była skuteczna musi angażować zasoby pozostające nie tylko w gestii rządu, samorządów województw, miast, ale także podmiotów od władz politycznych niezależnych: miejskich elit, instytucji akademickich i kulturalnych. Możemy też starać się, by nasz punkt widzenia na rozwój miast i policentryczny model polityki kształtował działania Unii Europejskiej.

Miasto europejskie

Jedną z cech wyróżniających nasz kontynent jest specyfika jego miast. Nie tylko związana z ich historycznymi, często średniowiecznymi lub nawet starszymi, korzeniami. Ale także z rozwojem, jaki dokonał się w ostatnich dekadach. Z nowymi pomysłami urbanistów, specjalistów od miejskiego transportu, ożywioną dyskusją wokół sposobów uczestnictwa mieszkańców w tworzeniu ich struktury. Świadomość, że miasta są nie tylko rynkami pracy i centrami administracyjnymi, ale także dobrami kulturowymi i ważnymi ośrodkami życia publicznego, skłoniła mnie do zainicjowania w Parlamencie Europejskim prac nad wzmocnieniem ich pozycji w instytucjonalnej architekturze UE [LINK]

Chodzi nie tylko o to, by dać nowe uprawnienia burmistrzom czy prezydentom, wzmocnić ich udział w kształtowaniu polityk unijnych mających wpływ na funkcjonowanie miejskiej administracji. Sprawa jest poważniejsza. Miasta powinny stać się centrami debaty unijnej, musi ona wykroczyć poza stolice, wąskie grupy eksperckie i stać się dostępna dla szerokiego kręgu zainteresowanych. Dziś rola wielu ośrodków, nawet bardzo dużych i posiadających odpowiedni potencjał – takich jak Wrocław, Poznań czy Trójmiasto – jest w tym względzie bardzo niewielka. Koncentracja mediów i instytucji rządowych w stolicy, sprawia, że o polskim interesie myśli się w sposób centralistyczny. To nie tylko polski przypadek. Niewiele krajów potrafi definiować swoją tożsamość poprzez uznanie silnej pozycji różnych ośrodków.

W projekcie, który przedstawiłem w Brukseli nie chodzi przy tym o Europę metropolii czy wielkich miast. Ośrodkami takiej debaty powinny być wszystkie miasta, które posiadają konieczne minimum – instytucje akademickie, lokalne media, sporą grupę fachowców w zakresie zarządzania politykami publicznymi, autentyczne życie kulturalne. Takie warunki spełnia dziś z pewnością kilkaset – a nie kilkadziesiąt – miast europejskich i kilkadziesiąt – a nie kilka czy kilkanaście miast polskich. Mam nadzieję, że uruchomienie tego procesu na skalę europejską pomoże też zrozumieć to naszym elitom politycznym.

Reforma samorządowa – trzecia odsłona

Myślenie o samorządach i polityce miejskiej jest dziś w Polsce skupione na dwóch błędnych tropach: wzmacnianiu kontroli rządu nad polityką lokalną i regionalną oraz zmianach podziału administracyjnego. Zapowiedzi odbierania kompetencji samorządom, tworzenia nowych województw, znoszenia powiatów, tworzenia metropolii warszawskiej to droga donikąd.

Badania przeprowadzone w ubiegłym roku przez zespół pod kierunkiem Rafała Matyi i Artura Wołka na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie pokazują, iż wartościową zmianą byłoby uzupełnienie reformy z 1998 roku o jakąś formę kategoryzacji miast, połączoną z korektą zadań powiatów i województw. Trzeci krok – po wprowadzeniu samorządu gminnego w 1990 roku i rozszerzeniu go w 1998 na powiaty i województwa – nie powinien polegać na rysowaniu nowej mapy administracyjnej, ale na takiej korekcie, która naprawi błędy sprzed 20 lat, a zarazem przygotuje samorządy na nowy etap rozwoju, w którym mniejszą rolę odgrywać już będą środki unijne.

Dyskusja, jaka wywiązała się wokół projektów reform szkolnictwa wyższego wskazuje na to, iż można rozważyć przeniesienie części uprawnień i środków w tym zakresie na poziom samorządów województw, biorąc pod uwagę, że funkcjonowanie ośrodków akademickich jest jednym z warunków koniecznych polityki rozwoju regionalnego. Uczelnie, które z perspektywy Warszawy wydaje się mało ważne, z perspektywy regionów może mieć znaczenie fundamentalne.

W przypadku powiatów można rozważyć ustrojowe powiązanie ich organów stanowiących z gminami wchodzącymi w skład danej jednostki. Jednym z rozwiązań, które mogłoby zostać zastosowane jest choćby wybór rady powiatu przez rady gmin, bez tworzenia dodatkowego pola rywalizacji wyborczej.

Inną wskazówką płynącą ze wspomnianego wyżej raportu jest konieczność podjęcia przez rząd i samorząd wojewódzki kwestii miast, które utraciwszy status wojewódzki, straciły część zasobów politycznych i stały się niewidoczne dla centralnych organów państwa. Amortyzatorem, ratującym je przed stagnacją stały się w ostatnich dwóch dekadach środki europejskie. Ale gdy ich zabraknie, to właśnie te 31 miast może się znaleźć w najtrudniejszej sytuacji.

Gwarancja w Senacie

Zwieńczeniem skorygowanej konstrukcji samorządowej powinna być przebudowa izby wyższej polskiego parlamentu tak, by stała się ona gwarantem niezależności samorządów i narzędziem wpływu społeczności lokalnych na politykę państwa. Niestety dziś praktyka ustrojowa blokuje takie formy reprezentacji.

Senat powinien składać się z przedstawicieli wybieranych przez reprezentację samorządów wszystkich szczebli – gminnego, powiatowego i wojewódzkiego. Uniknęlibyśmy w ten sposób utrzymywania instytucji, która w ostatnich kadencjach była jedynie narzędziem wzmacniającym przewagę większości rządowej w procesie legislacyjnym, a w wielu istotnych momentach nie skorzystała z okazji by wykazać się jakąkolwiek podmiotowością.

Senat w obecnym kształcie ma zbyt wiele wad, by znaleźć argumenty na rzecz jego dalszego istnienia. A jednocześnie istniejące dotąd procedury chroniące niezależność samorządów okazują się zbyt słabe wobec nawrotów centralizmu rządu.

Decydująca kadencja

Nadchodząca kadencja samorządu terytorialnego może być najtrudniejszą z dotychczasowych. Po pierwsze dlatego, że władze lokalne i regionalne będą musiały skutecznie odeprzeć tendencje centralistyczne, wzmacniające presję na podporządkowanie działań jednostek samorządu wskazówkom „z góry”. Po drugie dlatego, że będą musiały przestawić się na inne zasady finansowania kluczowych inwestycji, w mniejszym stopniu finansowane ze środków europejskich i uwzględniające istniejące w wielu jednostkach zadłużenie. Po trzecie wreszcie, dlatego, że samorządy będą musiały wziąć na siebie funkcję „szkoły demokracji”, opartej na wysłuchiwaniu racji przeciwnika, gotowości do kompromisu, brania pod uwagę głosu mniejszości. To, co zostało niemal zupełnie zniszczone na poziomie ogólnopolskim musi przetrwać w instytucjach będących emanacją ducha Solidarności. Tej pierwszej z lat 1980-1981 i tej, która ukształtowała ruch Komitetów Obywatelskich i wypełniła treścią ramy obu reform samorządowych.

Aspiracje do odegrania ważnej ustrojowej i politycznej roli w życiu kraju muszą zatem zostać poparte wyższymi niż obecnie istniejące standardami własnej pracy. Dotyczy to nie tylko ograniczenia zjawisk korupcji, nepotyzmu czy klientelizmu, ale także naprawy kultury politycznej w sprawach takich, jak relacje między organem wykonawczym a radą czy sejmikiem, zdolność do rozmowy z różnymi miejskimi grupami interesów. Od samorządu wolno oczekiwać przykładu transparentności i respektowania prawa obywateli do informacji.

Samorząd powinien też sprzyjać odradzaniu się lokalnych elit, wykształcać szerokie poczucie odpowiedzialności za los własnego miasta, powiatu czy gminy. By to uczynić należy odejść od modelu silnego, wszechwiedzącego gospodarza – burmistrza, prezydenta czy wójta – na rzecz tworzenia szerokiej i pluralistycznej politycznie grupy działającej na rzecz rozwoju miasta. Grupy, w której znajdzie się miejsce dla lokalnych posłów, senatorów, radnych sejmiku, ale także liderów społeczności akademickich, animatorów kultury, działających w mieście przedsiębiorców. Co więcej, która będzie w stanie zaprosić do udziału osoby mieszkające w najbliższej okolicy – we wsiach i małych miasteczkach, dla których dane miasto jest funkcjonalnym punktem odniesienia.

Dziś niestety mamy zbyt wiele przykładów agresywnego konfliktu między miastami a gminami ościennymi, między organami miasta i powiatu, między władzami lokalnymi a parlamentarzystami. Spór i rywalizacja należą do natury polityki. Ale należą do niej także zdolność do zawierania kompromisu i brania pod uwagę racji innych. W dobrych demokracjach standardem jest też szacunek dla przeciwnika i uznanie nadrzędnej wartości interesu całej wspólnoty. Samorządy są instytucjami, w których możemy ukształtować kulturową alternatywę wobec polityki pogardy i podsycania nienawistnych emocji.

By to się udało trzeba wywierać na rząd polski, instytucje europejskie, opinię publiczną nieustanną presję. Bronić skarbu decentralizacji władzy, wolności samorządowych, podmiotowości wspólnot lokalnych.

Kazimierz Michał Ujazdowski

tekst został opublikowany w dzienniku  Gazeta Wrocławska

Senat: więcej niż „izba refleksji”

W Senacie od wielu lat nie dochodzi do ważnych rozstrzygnięć, jest bierny wobec procesu politycznego. Dlatego konieczne jest przedefiniowanie jego roli.
Reforma izby wyższej polskiego parlamentu powinna wskazać jej nową rolę ustrojową. Najbardziej zasadna – to ta, która pozwala na zachowanie równowagi ustrojowej między centrum a wspólnotami lokalnymi, dziś bardzo poważnie zagrożonymi w swoich realnych prawach. Ostatnie miesiące wzmocniły zainteresowanie opinii publicznej zagadnieniami konstytucyjnymi. Dotyczy ono głównie pozycji ustrojowej Trybunału Konstytucyjnego oraz trójpodziału władz i niezależności władzy sądowniczej. Spór w tych sprawach nie dotyczy – niestety – kwestii optymalnych rozwiązań ustrojowych, ale jest ostrym konfliktem, którego stawką jest personalnie rozumiana kontrola nad instytucjami. W tych warunkach niezwykle trudno dyskutuje się nad perspektywą zasadniczej naprawy ustroju państwa.
Taka perspektywa jest zła, bo utrzymuje politykę polską w kleszczach wyboru między pasywną obroną stanu posiadania a próbami naprawiania państwa siekierą. Między lekceważącą wady apologią Trzeciej Rzeczypospolitej a ożywioną chęcią dokuczenia jej elitom totalną krytyką wszystkich rozwiązań.

Kiedy zmieniać konstytucję?

O ile możemy przyjąć, że moment konstytucyjny – sytuacja, w której opinia publiczna i parlamentarzyści dostrzegają zasadność, a niekiedy wręcz konieczność zmian – to sprawa, która jest trudna do przewidzenia, o tyle kierunek potrzebnych zmian można wskazywać nawet w chwili złej koniunktury politycznej. Dlatego też refleksja konstytucyjna nie powinna być podporządkowana rytmowi rywalizacji o władzę czy sporu między rządem a opozycją, ale z dystansem formułować sądy, które mogą zostać wzięte pod uwagę w warunkach sprzyjających zmianie ustawy zasadniczej.

Nie będzie to przy tym nic nowego w Trzeciej Rzeczypospolitej. Częściowa korekta pod wpływem doświadczeń nastąpiła przy okazji uchwalania konstytucji z 2 kwietnia 1997, gdy ograniczono niektóre prerogatywy prezydenta (np. weto wobec budżetu, niejasne zapisy dotyczące tzw. resortów prezydenckich) i wzmocniono ustrojową pozycję premiera. Nie zrobiono jednak wówczas niczego, co mogło naprawić instytucję Senatu. Nie uczyniono tego także później, choć postulat zniesienia Senatu pojawiał się w programach lewicy i PO. Zmiany ograniczyły się jedynie do ordynacji wyborczej, pokazując przy okazji realny efekt wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w warunkach polskich.

Zmiana pozycji ustrojowej Senatu nie budzi przy tym obaw co do możliwej instrumentalizacji w sporze władzy i opozycji, czy też w ostrym konflikcie, jaki od ponad dekady dzieli PO i PiS. Przedstawiona niżej propozycja łączy dwa ważne cele: nadania izbie wyższej ustrojowego sensu oraz stworzenia warunków równowagi konstytucyjnej między organami centralnymi a władzami samorządowymi.

Zależy mi na tym, by uzyskała status ponadpartyjny i stała się ważną częścią aspiracji elit samorządowych. Dlatego też opracowany przeze mnie projekt zmiany konstytucji przekażę w pierwszej kolejności największym stowarzyszeniom samorządowym – Związkowi Miast Polskich i Związkowi Powiatów Polskich.

Powód takiego postępowania nie wiąże się z zamiarem nadania tej propozycji natychmiastowego biegu legislacyjnego. Przeciwnie, z powodów, o których wspomniałem, zależy mi raczej na przeprowadzeniu dyskusji poza kontekstem konkretnego momentu konstytucyjnego.

W ten sposób możliwe stanie się zbudowanie szerokiego konsensusu, który mógłby przynieść efekt w momencie zaistnienia w parlamencie większości konstytucyjnej lub osłabienia dzisiejszego kryzysu zaufania między rządzącymi a opozycją.

Zagrożony samorząd

Kiedy 25 lat temu przywracano samorząd terytorialny, nie brakowało głosów sceptycznych, obaw przed oddaniem gminom spraw „tak poważnych” jak oświata czy opieka społeczna. Także w trakcie reformy administracyjnej z 1998 roku podnosiły się głosy pełne obawy, czy powiększone województwa nie staną się rozbijającymi unitarny charakter państwa regionami. Nie ufano elitom samorządowym, poszukując silnych narzędzi kontroli finansowej.

Tej nieufności nie można było wówczas przeciwstawić argumentów opartych na doświadczeniu.

Pamiętajmy, że pozycja samorządu może być zagrożona nie tylko przez reformę prawa wyborczego, ale także poprzez niewielkie pozornie i niedostrzegalne zmiany w sferze finansów publicznych, kompetencji poszczególnych jednostek samorządu czy zarządzania pewnymi instytucjami (co widoczne jest w dyskusji na temat statusu wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej). Nie należy też wykluczać, że w momencie kryzysu finansów rząd „poszuka” oszczędności w budżetach jednostek lokalnych, że w sytuacji krytycznej nie cofnie się – co zapowiadali niektórzy politycy – przed likwidacją powiatów czy poważnym ograniczeniem władzy samorządu województw. Do tego ostatniego dojdzie i tak, w chwili gdy zakończy się zakrojone na wielką skalę finansowanie projektów regionalnych ze źródeł europejskich. Wówczas z pewnością pojawią się nowe głosy podnoszące kwestię zasadności nie tylko trójszczeblowego podziału administracyjnego, ale także zakresu odpowiedzialności wszystkich władz szczebla ponadgminnego.

O ile w państwach federalnych i regionalnych dwuizbowość ma silną legitymację, o tyle w przypadku państw unitarnych druga izba może odgrywać pozytywną rolę pod warunkiem silnej odrębności i oryginalności misji ustrojowej. Proste „naprawianie błędów” Sejmu taką misją nie jest. Przypisywany Senatowi charakter „izby refleksji” częściej bywa przedmiotem złośliwych żartów niż opisem jego rzeczywistej roli w ostatnich latach. Argument zachowania ciągłości tradycji z czasami dawnej Rzeczypospolitej jest natomiast zasadny o tyle, o ile zdołamy nadać starej formie nową treść. Uznanie, iż izba mogłaby wziąć na siebie zadanie reprezentowania wspólnot lokalnych i tego specyficznego doświadczenia, jakie kształtuje praca na ich rzecz w instytucjach samorządu terytorialnego, jest pierwszym krokiem do sformułowania nowej propozycji ustrojowej.

Wymyślić ustrój na nowo

Proponowane przeze mnie rozwiązanie nawiązuje – w zakresie sposobu wyboru senatorów – do wzorca francuskiego, gdzie czynne prawo wyborcze posiadają obywatele pełniący już mandat z wyboru, przede wszystkim radni. Nie ogranicza to jednak w żaden sposób biernego prawa wyborczego, bowiem reprezentantem danego województwa może zostać każdy obywatel, spełniający warunki, jakie dziś stawia się senatorom. Taki model wyboru senatorów prowadziłby do osłabienia ich zależności od central partyjnych. Także wtedy, gdy byliby – czego przecież nie można wykluczyć – członkami partii politycznych.

W propozycji tej zmianie ulega nie tylko sposób wyboru Senatu, ale także jego kadencja, która przestaje być odtąd powiązana z kadencja Sejmu, a jest równa kadencji organów samorządu terytorialnego. Proponuję by senatorów wybierali kończący kadencję radni, członkowie zarządów, wójtowie, burmistrzowie i prezydenci.

W ten sposób oddzielimy moment powoływania obu izb. Rozwiązanie obowiązujące dotychczas powodowało bowiem, że większość sejmowa była identyczna z senacką, z tym że w izbie wyższej dysponowała większą przewagą.

By uniknąć podejrzenia, że za takimi rozwiązaniami kryje się jakaś aktualna intencja polityczna, sugeruję, by w przepisach przejściowych zaproponować powstanie takiego Senatu po zakończeniu kadencji izby wybranej w trakcie obowiązywania nowego prawa. Pierwsza kadencja takiego Senatu byłaby krótsza i trwała do najbliższych wyborów samorządowych.

Rozszerzyć kompetencje

Jak wyglądałyby zadania nowego Senatu? Oprócz udziału w pracy ustawodawczej miałby on prawo wyboru prezesa Narodowego Banku Polskiego (na wniosek prezydenta) i samodzielnego powoływania rzecznika praw obywatelskich, zachowując obecne kompetencje w zakresie wyboru członków innych organów państwa.

Silniejsza byłaby natomiast pozycja Senatu w zakresie pracy nad ustawami o charakterze ustrojowym – dotyczących m.in. systemu wyborczego, funkcjonowania samorządu terytorialnego, regulujących ustrój władz publicznych oraz kodeksów. Stanowisko Senatu w tym zakresie mogłoby być odrzucone przez Sejm większością 3/5 głosów, a nie jak w przypadku pozostałych ustaw – bezwzględną ich większością. Takie rozwiązanie nie uniemożliwia rzecz jasna zmian, ale sprawia, że nie mogą być dokonywane z pogwałceniem praw i interesów społeczności lokalnych, utrudnia działania przywracające centralizację państwa. Ten zaś element jest uznaniem, że polski model rozwoju nie stanie się powrotem do modnego w wielu państwach centralistycznego paternalizmu, ale będzie się opierał na silnych miastach i regionach. Na podmiotowości wielu instytucji i trudnej sztuce zawierania kompromisów.

Wzmocnienie pozycji Senatu nie ogranicza przy tym sprawności egzekutywy ani nie utrudnia procesu kształtowania mającego poparcie sejmowej większości rządu. Nie jest to zatem model symetryczny – wzmacnia Senat, ale nie tworzy mechanizmów blokujących pracę rządu.

Proponowane rozwiązania mają na celu współtworzenie ustroju w ramach równoważących się mechanizmów kreowania izb parlamentu, tak jak to się dzieje w wielu innych krajach. Model identycznej kadencji, podobnego sposobu kreowania izb prowadzi do złej sytuacji „dublowania” misji i zadań. Usunięcie tej wady jest jednym z podstawowych obowiązków osób, którym zależy na dobrze funkcjonującym i sensownie zaprojektowanym państwie.

 

Kazimierz M. Ujazdowski

Artykuł ukazał się w dzienniku Rzeczpospolita

Centralizm zabija rozwój

Konserwatysta nie wierzy w idealne społeczeństwo i działające bez zarzutu instytucje. Jest racjonalnym reformistą, gotowym naprawiać to, co działa źle. Ale zarazem zdecydowanym chronić te instytucje, które się sprawdziły.

Bliska mi tradycja ideowa nigdy nie idealizowała wspólnot lokalnych, nie twierdziła, że ze swej natury są pozbawione wad. Ale mimo to wzywała monarchów i rządy, by uznawać ich samodzielność. Samorząd terytorialny nie jest jeszcze jednym polem walki politycznej, ale przede wszystkim naturalnym sposobem brania odpowiedzialności za kształt spraw publicznych w najbliższym otoczeniu. Warto tę zasadę chronić. Warto tak konstruować prawo, by jej nie naruszało.

Każdy chodnik, każdy skwer…

Samorząd terytorialny jest jednym z lepiej działających urządzeń ustrojowych niepodległej Rzeczypospolitej. Bardzo różnorodnym. W niektórych miastach rządzą partie polityczne, w innych pozostający w sporze z partiami prezydenci, w jeszcze innych ponadprzeciętny wpływ na sprawy lokalne mają ratuszowi urzędnicy.

Władza samorządowa najpełniej pokazuje treść nowego państwa. W 1990 r. komitety obywatelskie były najpowszechniejszym i najszerszym ruchem na rzecz odzyskania wpływu na sprawy publiczne. Ostatnim ruchem wolnym od partyjnych partykularyzmów, pełnym nadziei i optymizmu. Rok 1998 przyniósł rozszerzenie skali tej odpowiedzialności – na poziom powiatu i województwa. Uruchomił energię lokalnych elit, stworzył instytucjonalne ramy wykorzystywania środków europejskich zgodnie z interesem lokalnych społeczności. Warto przypomnieć, że centroprawica lat 90. hołdowała zasadzie pomocniczości, co było podstawą rozwinięcia decentralizacji przez AWS.

Możemy zadać sobie pytanie, jak wyglądałaby Polska, gdyby tamtych reform zaniechano. Jak przebiegałaby „mała prywatyzacja” tysięcy sklepików, warsztatów i innych składników mienia komunalnego, gdyby jej przeprowadzeniem zajmował się rząd, a nie gminy? Jak wyglądałyby nasze miasta, gdyby każdy chodnik i skwer był odnawiany za zgodą wojewody czy innego podległego rządowi urzędnika? Czy naprawdę chcielibyśmy powrotu do sytuacji, w której stanowiska dyrektorów szpitali i szkół są w rękach tej partii, która obejmuje władzę w Warszawie?

Polska zmieniła się nie do poznania w znacznej mierze za sprawą tej wielkiej decentralizacji, do jakiej doszło z inicjatywy niewielu pasjonatów, którzy układali pierwsze akty prawne – ustawę z 8 marca 1990 r. i pierwszą ordynację do rad gmin. Ci sami ludzie, często już dziś nieżyjący – jak Jerzy Regulski czy Michał Kulesza – postulowali następne, konieczne reformy na rzecz decentralizacji kraju.

W latach 80. miałem zaszczyt uczestniczyć w działaniach opozycyjnego Ruchu Młodej Polski, który planował odbudowę samorządu terytorialnego w niepodległej Rzeczypospolitej. Jako minister kultury współpracowałem z samorządami w chwili, gdy powstawały projekty finansowane ze środków unijnych. Bez wątpienia to samorządy odgrywały kluczową rolę w wyborze celu i sposobu jego realizacji. Wskażmy choćby przykłady wspaniałych inwestycji Katowickiego NOSPR i Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu. Samorządy podejmowały też własne inicjatywy na rzecz ochrony dziedzictwa historycznego, zadając kłam tezie o ich obojętności na kulturę narodową.

Dwie kadencje to nie remedium

Trzeba rozmawiać o wadach samorządu. Model wyboru prezydenta w wyborach powszechnych, dając efektywną i indywidualnie odpowiedzialną władzę, przyniósł także negatywne konsekwencje. Powszechnie wskazywany jest deficyt demokracji lokalnej i osłabienie organów kolegialnych tak ważnych w tradycji samorządu.

Nie możemy być usatysfakcjonowani z powodu przekazywania nieznacznych środków do „budżetów obywatelskich”. Już w samej ich nazwie znajduje się sugestia, że budżet gminy nie jest w swej istocie obywatelski, tylko ratuszowy. Samorząd, podobnie jak inne instytucje władzy publicznej, powinien spełniać rygory transparentności i dostępu obywateli do informacji publicznej.

Powszechnie podnoszony postulat ograniczenia do dwóch liczby kadencji wójtów, burmistrzów i prezydentów jest nośnym hasłem. Nie jest jednak remedium na samorządowe kliki, źle funkcjonujące urzędy gmin i miast. Zgadzam się z Piotrem Trudnowskim, który na łamach „Nowej Konfederacji” przekonuje, iż znacznie istotniejsze jest urealnienie instytucji referendum odwoławczego poprzez zniesienie progu frekwencji wyborczej. Należy też szukać rozwiązań wzmacniających pozycję rady, bez szkody dla efektywności władzy wykonawczej w samorządach.

Zmiany dotyczące samorządów nie ograniczają się do sfery politycznej i ustrojowej. Warto stwierdzić, że najpoważniejszą wadą reform było ich niedokończenie. Szczególnie w sferze budżetów jednostek samorządu terytorialnego. W tej sferze konieczne jest przede wszystkim przestrzeganie zasady adekwatności środków finansowych do wykonywanych zadań, a ponadto stabilność prawa. Przypomnę, że częścią opracowanego przez mnie Pakietu demokratycznego było zablokowanie ekspresowych zmian w prawie rzutujących na kondycję samorządu. Zmiany podatków i prawa samorządowego miały podlegać regułom właściwym dla zmian w kodeksach.

Szkodliwa nieufność

Ale warto też pamiętać, że od samego początku idea samorządu miała swoich przeciwników. Ludzi, którzy uważali społeczności i władze lokalne za niedojrzałe do przejmowania instytucji tak ważnych, jak szkoły czy ośrodki zdrowia. Którzy starali się ograniczyć ideę samorządności do rozmiarów dzisiejszych struktur osiedlowych czy sołeckich. Bez własnego budżetu, poważnych zadań, wpływu na rozwój miasta.

Te same argumenty wracały w 1998 r., gdy samorząd przejmował kolejne zadania. Twierdzono, że nie należy mu dawać zbyt dużych pieniędzy, że każdy krok należy uważnie kontrolować. Nieufność wobec samorządów wróciła w ostatnim roku w wypowiedziach i działaniach kierownictwa PiS i obecnego obozu władzy.

Ten typ nieufności jest szkodliwy dla państwa i obywateli. Polska potrzebuje zarówno sprawnego centrum państwa, jak rozwoju samorządności. Nie można słabości państwa w skali centralnej leczyć ograniczeniem praw samorządu. Tym bardziej że partnerstwo wobec samorządu jest warunkiem modernizacji kraju, zapowiadanej w planie Morawieckiego. Dlatego tak niebezpieczne jest kruszenie pozycji samorządu widoczne w przygotowaniu ustawy warszawskiej, rozszerzeniu granic Opola bez konsultacji i wytwarzaniu niepewności co do przyszłych reguł wyborczych.

Senat dla równowagi

Opublikowany przed kilkoma laty – jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej – raport prof. Jerzego Hausnera przekonywał, że nawrót do centralizmu będzie zabójczy dla rozwoju. Tendencja centralistyczna powraca bowiem często w dziejach wolnej Rzeczypospolitej. Zawsze z argumentem, że da się racjonalniej wykorzystać środki, że można skutecznie walczyć z lokalnymi układami. I zawsze z brakiem pamięci o tym, jakie skutki przynosi taka walka i taka centralizacja pod dyktando Warszawy. Czy PRL był krajem bez lokalnych klik i układów? Czy system nakazowo-rozdzielczy jest lepszy niż zdecentralizowana władza lokalna i regionalna?

Kraje o tradycji demokratycznej – Stany Zjednoczone czy Francja – mają także liczne afery, w których biorą udział lokalni politycy. Receptą jest efektywny wymiar sprawiedliwości. Nikomu jednak nie przychodzi do głowy to, że receptą na tego rodzaju zło jest większa kontrola ze strony centralnej władzy wykonawczej. Ta zasada powinna obowiązywać także w Polsce.

Pokusa ograniczania praw samorządów jest trwalsza niż rządy kolejnych partii. Dlatego trzeba jej przeciwstawić nie jakiś doraźny protest, ale trwałe, konstytucyjne rozwiązanie ustrojowe. Dziś równowagą dla władzy centrum powinien stać się zreformowany Senat funkcjonujący jako izba samorządowa, znacznie mniejsza od obecnej i stanowiąca gwarancję praw wspólnot lokalnych i trwały ustrojowy mechanizm sprzeciwu wobec pokus centralizacji. Senatorowie byliby wybierani przez wojewódzkie kolegia wyborcze, złożone z przedstawicieli organów stanowiących i wykonawczych wszystkich jednostek samorządu terytorialnego.

Takie rozwiązanie byłoby nie tylko gwarancją praw społeczności lokalnych, ale potwierdzeniem pozytywnej roli, jaką odgrywają w państwie instytucje samorządowe.

 

Tekst ukazał się w dzienniku „Rzeczpospolita”

Ciasna przestrzeń demokratyzacji socjalizmu

Serdecznie polecamy tekst autorstwa Kazimierza Ujazdowskiego w książce „Polska Solidarności. Kontrowersje, oblicza, interpretacje”.

Dziedzictwo Ruchu Młodej Polski

W sierpniu minęła dwudziesta rocznica powstania Ruchu Młodej Polski, pierwszego prawicowego ugrupowania opozycji demokratycznej. Członkowie RMP uczestniczyli w strajku w Stoczni Gdańskiej i brali udział w tworzeniu “Solidarności”. Później jako grupa “Polityki Polskiej” stanowili jedno z najbardziej twórczych środowisk politycznych. Kres istnienia politycznego RMP przypadł na okres odzyskania niepodległości. Do dziś jednak istotne pozostaje dorobek ideowo-polityczny i dziedzictwo Ruchu Młodej Polski.

Osoba, naród, niepodległość

Podstawową zasługą Ruchu Młodej Polski było odtworzenie ciągłości polskiej myśli politycznej i przedstawienie, pod koniec lat siedemdziesiątych, propozycji ideowo-programowej wychodzącej poza horyzont “demokratycznego socjalizmu”. RMP jako jedyne spośród ugrupowań opozycyjnych prezentowało wyrazisty profil ideowy i przedstawiało “personalistyczno-narodową” wizję życia publicznego. Na łamach młodopolskiego “Bratniaka” przywódca Ruchu Aleksander Hall, bronił dorobku znienawidzonej przez lewicę Narodowej Demokracji i upominał się o myślenie w kategoriach interesu narodowego.

Ogłoszona w sierpniu 1979 roku “Deklaracja ideowa RMP” uznawała dobro osoby ludzkiej za najwyższy cel każdej struktury społecznej i państwowej: “Człowiek, osoba ludzka, jej dobro i rozwój, to podstawowa wartość, najwyższy cel, któremu winna służyć każda struktura społeczna i każda forma organizacji politycznej społeczeństwa. Struktury te powinny być kształtowane w taki sposób, aby stwarzały każdemu człowiekowi pełne warunki samorealizacji. Kładziemy akcent na słowa każdemu człowiekowi, bo tylko przyjęcie całkowitej powszechności tej zasady nadaje jej rzeczywisty sens. Podważanie zasady powszechności otwiera możliwość uzależnienia człowieka od struktur społecznych i politycznych, wobec których staje się on obiektem manipulacji, a nie podmiotem. Tylko oparcie życia społecznego na zasadzie podmiotowości każdego człowieka umożliwia budowanie sprawiedliwego świata”.

Deklaracja stwierdzała jednak, że prawa i wolności osoby ludzkiej powinny być widziane w związku z powinnościami wobec drugiego człowieka, narodu, państwa i całej rodziny ludzkiej: “Rozwój społeczny jednostki może dokonać się jedynie pod warunkiem trwałego zakorzenienia w naturalnych strukturach społecznych takich jak rodzina, naród, państwo”. Dokument przywoływał etykę chrześcijańską jako podstawowe źródło inspiracji ideowej i podkreślał wielką rolę Kościoła jako obrońcy tożsamości narodowej i strażnika ładu społecznego.

Najbardziej znaczącym i wyróżniającym środowisko elementem ideowym było przyznanie szczególnego znaczenie wspólnocie narodowej: “Jedną z podstawowych wspólnot, w której realizuje się jednostka ludzka jest naród. Naród to duchowa, moralna, kulturalna wspólnota pokoleń przeszłych, teraźniejszych i przyszłych złączonych więzami świadomości, mowy ojczystej, przebytej drogi historycznej, tradycji, realizowanego modelu życia zbiorowego oraz tworzonej kultury, będącej najpełniejszym wyrazem samowiedzy narodowej”. Dla Ruchu Młodej Polski naród nie stanowił wartości absolutnej, widziany był jako wspólnota, która jest “wielką propozycją samorealizacji”, rozwijającą, a nie krępującą wolność osoby ludzkiej.

Ruch traktował odzyskanie niepodległości jako zasadniczy cel polityki polskiej i widział w nim spełnienie prawa narodu do wolności i wyrażenia własnej tożsamości kulturowej. “Niepodległość jest stanem niezbędnym do normalnego życia narodowego, nie tylko dlatego, że naród chce i ma prawo decydować o własnym losie. Niepodległe państwo jest ze swej natury wcieleniem historycznej idei Ojczyzny, tj. zespołu powszechnie akceptowanych wartości z tym pojęciem związanych, tradycji narodowej, kultury, typu cywilizacyjnego, modelu stosunków państwo-obywatel”. Deklaracja wykraczała poza prostą polityczną racjonalizację niepodległości podając argumentację etyczną mówiącą o prawach i obowiązkach narodu. Naród ma prawo do niepodległego państwa, ponieważ ma prawo do urzeczywistniania w strukturach państwowych własnych wartości i tym samym wypełniania swoich zobowiązań wobec rodziny ludzkiej. Koncepcja ta zwracała się zarówno przeciwko bagatelizowaniu przez lewicę problemu niepodległości, jak i przeciw orientacji KPN-owskiej stawiającej niepodległość jako cel zadań bezpośrednich: “Jesteśmy przekonani, że formułowanie wielkich romantycznych celów nie może oznaczać rezygnacji z doboru realistycznych środków w dążeniu do ich realizacji. Inaczej, może grozić zastąpieniem działań na rzecz niepodległości frazesem patriotycznym, z którego niewiele wynika (…) Uważamy, że poczucie odpowiedzialności za nasz kraj, ranga reprezentowanej przez nas sprawy, wymagają szczególnej dojrzałości. Zdajemy sobie sprawę, że odzyskanie niepodległości zależy zarówno od podejmowanych przez Polaków działań jak i od układów międzynarodowych”.

Z czasem RMP wypracował koncepcję polityki polskiej zakładającą systematyczne działanie opozycji na rzecz poszerzenia wewnętrznej suwerenności narodu i wymuszenia zmian przybliżających odzyskanie niepodległości. Przez cały okres swego istnienia RMP prowadził pracę nad kształtowaniem myśli politycznej i ożywioną działalność formacyjną. Owocem aktywności edukacyjnej Ruchu było uformowanie się licznego środowiska ideowego.

Propozycje ustrojowe

Deklaracje RMP przeciwstawiały się dominującym w opozycji demokratycznej ideom lewicowym. Przypomnijmy, że opozycja polityczna lat siedemdziesiątych upominała się o prawa człowieka i obywatela, piętnowała totalitarny charakter komunizmu, jednak gdy przychodziło do przedstawienia pozytywnych koncepcji ideowo-programowych, nie umiała przekroczyć horyzontu “socjalizmu z ludzką twarzą”.

Uwaga ta w najwyższym stopniu dotyczy środowiska KSS KOR. W tym czasie program środowiska KOR-u odchodził od wyznawanego w latach sześćdziesiątych rewizjonistycznego przekonania o możliwości wewnętrznej, “odgórnej” reformy systemu komunistycznego. Najsilniejsza grupa opozycyjna nie zdołała jednak wznieść się ponad perspektywę demokratyzacji instytucji PRL-u. W dokumentach programowych i publicystyce Adama Michnika i Jacka Kuronia nie sposób doszukać się propozycji, która zrywałaby z ustrojem państwa socjalistycznego. Nie znajdziemy w tych tekstach ani alternatywnej wizji ustroju politycznego, ani propozycji przywrócenia samorządu terytorialnego, ani nawet próby zakwestionowania socjalistycznego modelu gospodarki.

Akceptowano centralistyczny model władzy państwowej, widząc w samorządzie forum aktywności społecznej, nie zaś nową instytucję ustrojową. W głośnym tekście “Myśli o programie działania na temat form i metod pracy opozycji” Jacek Kuroń zakładał, że demokracja powinna współistnieć z systemem zcentralizowanej własności publicznej: “Wprowadzenie w naszym kraju systemu demokracji parlamentarnej postawi przed społeczeństwem polskim – złożony i w tej skali całkowicie nowy – problem społecznego władania formalnie społeczną gospodarką. Wprawdzie wszyscy poważni polscy ekonomiści postulują zasadniczą decentralizację zarządzania gospodarką narodową, niemniej nawet najdalej idące projekty pozostawiają zasadnicze decyzje w ręku centrali. Czy zatem centralą mają być państwowe władze wykonawcze? Nie ulega wątpliwości, że im większy wpływ społeczeństwa na władze państwowe, tym bardziej społeczna jest państwowa własność”.

Drugi z twórców koncepcji KOR-owskich, Adam Michnik pokładał wiarę w inspirującej mocy eurokomunizmu. W dyskusji z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim stwierdzał, że to właśnie refleksje eurokomunistów pomogą w przyszłości rozwiązać problem “czym ma być fabryka, jak ma funkcjonować samorząd, jak zreorganizować uniwersytet”.

RMP szedł pod prąd tych koncepcji i wysuwał ofensywne propozycje ustrojowe. Z czasem okazało się, że to one znalazły się pośród najbardziej wartościowych rozwiązań instytucjonalnych III Rzeczypospolitej.

Publicystyka wydawanej w latach osiemdziesiątych “Polityki Polskiej” odrzucała przekonanie o możliwości reformy gospodarki socjalistycznej i kładła nacisk na odrodzenie własności prywatnej. “Państwo powinno, w naszym przekonaniu, stwarzać gwarancję wolności gospodarczej i niezbywalnego prawa własności. Jesteśmy zwolennikami gospodarki wolnorynkowej, w dążeniach etatystycznych dostrzegamy zgubny wpływ utopii kolektywistycznych”, stwierdzała opublikowana w roku 1984 deklaracja programowa “Między Polską naszych marzeń a Polską naszych możliwości”. Wspomniany dokument wychodził poza ogólnikowe stwierdzenia o demokratycznym państwie i przedstawiał wizję ustroju prezydencko-parlamentarnego. Na łamach “Polityki Polskiej” pojawiał się, co było podówczas wyjątkowe, postulat rekonstrukcji samorządu terytorialnego i “odchudzenia” państwa. W tekście “Ku czemu winna zmierzać »Solidarność»” Jacek Bartyzel pisał, że rzeczywista zmiana struktury władzy powinna nastąpić w wyniku decentralizacji państwa, nie zaś w ramach systemu rad narodowych: “Przez decentralizację rozumiemy nie mniejszy lub większy wzrost znaczenia roli rad narodowych, lecz powołanie prawdziwego samorządu terytorialnego, gospodarczego i kulturalnego, któremu przekazane mają być wszystkie prerogatywy z zakresu organizacji życia społecznego i gospodarczego regionu przy pozostawieniu administracji rządowej jedynie funkcji kontrolnej i obowiązku zabezpieczenia porządku publicznego”. Mitowi społeczeństwa samorządnego rozwijającego się poza państwem publicystyka RMP przeciwstawiała koncepcję odzyskania państwa i podporządkowania jego instytucji dobru wspólnemu, czy inaczej mówiąc przekształcenia państwa partii w państwo narodu.

RMP wyróżniał się samodzielnością na tle ugrupowań opozycji demokratycznej. W okresie przed Sierpniem 1980 większość środowisk opozycyjnych prowadziła działalność w formule obrony praw człowieka i obywatela. RMP natomiast, uczestnicząc we wspólnych akcjach opozycji w tej dziedzinie, nie wahał się jednak jawnie stawiać celów w kategoriach politycznych. Praca nad jasną i precyzyjną formułą ideowo-programową mogła wtedy wydawać się pozbawiona realnego znaczenia. Przeciętny działacz “Solidarności” kontentował się ogólnymi hasłami i argumentami umacniającymi sprzeciw wobec komunizmu. Dla wielu inteligentów żyjących na pograniczu opozycji i świata oficjalnego poprzeczka ideowa postawiona przez RMP znajdowała się zbyt wysoko, tym bardziej, że RMP kwestionował dominujące w środowiskach intelektualnych nastawienie lewicowe.

Niezależność jest jednak warunkiem prawdziwej działalności politycznej i przesłanie ideowe Ruchu z czasem zdobywało coraz to szersze poparcie. W latach osiemdziesiątych, gdy wśród środowisk związanych z “Solidarnością” wzrosła potrzeba identyfikacji ideowej i głębszej refleksji programowej, RMP stał się jednym z podstawowych ośrodków krystalizacji programowej polskiej opozycji.

Strategia polityczna

Polityczna samodzielność RMP wyrażała się działaniu pod własnym szyldem i na własny rachunek, na nie chowaniu się za szyldem działalności związkowej. RMP zachował postawę lojalną wobec “Solidarności” i jej przewodniczącego Lecha Wałęsy, wielu działaczy Ruchu uczestniczyło w pracach związku, zawsze jednak działalność polityczną prowadząc również w odrębnych formach organizacyjnych. Tymczasem podstawowe siły opozycyjne funkcjonowały jako element “Solidarności”. Środowisko KSS KOR po stanie wojennym niemal w całości weszło do “Solidarności”. RMP natomiast występował na rzecz oddzielenia instytucji związkowych od działań politycznych. W znakomitym tekście o chrześcijańskiej wizji związków zawodowych Marek Jurek wskazywał na pozapolityczny charakter zadań związków zawodowych. W roku 1986 oficjalny dokument RMP “Uwagi o sytuacji politycznej w kraju” stwierdzał, że żaden nurt polityczny i ideowy nie powinien przypisywać sobie prawa do solidarnościowej reprezentacji. Nikomu ten monopol nie przysługuje”.

Z perspektywy czasu okazało się, że korzyści polityczne odniosły te środowiska polityczne, które potrafiły powiązać swoje interesy polityczne z działaniem “Solidarności”. Stało się to jednak za cenę utrwalenia anachronicznego modelu opozycji oraz słabości programowej i organizacyjnej opozycyjnych ugrupowań politycznych. Ta właśnie okoliczność wpłynęła ujemnie na słabość partii politycznych w III RP i zadecydowała o politycznej roli związków zawodowych w wolnej Rzeczypospolitej.

Z tej samej perspektywy broni się też sformułowana przez RMP ewolucyjna strategia polityczna dochodzenia do niepodległości. Proces dochodzenia do niepodległości miał mieć charakter wieloetapowy, zależny od presji społeczeństwa i przekształceń w ZSRR i Europie Wschodniej. W latach 1980-81 Ruch przeciwstawiał się pomysłom radykałów, którzy naiwnie wierzyli, że przyspieszona konfrontacja z władzą przyniesie natychmiastowe odzyskanie wolności. Po wprowadzeniu stanu wojennego RMP odrzucał myślenie w kategoriach “wszystko albo nic” i koncepcję strajku generalnego jako metody wymuszenia nowych porozumień. W roku 1982 lider RMP polemizował z Jackiem Kuroniem, który w “Tezach o wyjściu z sytuacji bez wyjścia” namawiał do zlikwidowania okupacji w zbiorowym wystąpieniu przeciwko ośrodkom władzy: “Realizacja koncepcji Jacka Kuronia w tym właśnie czasie przy tak daleko idącym zaangażowaniu ZSRR w popieranie pogrudniowej polityki Jaruzelskiego mogłaby mieć tylko jeden rezultat. Zafundowalibyśmy sobie jeszcze jedno nieudane powstanie narodowe ze wszystkimi konsekwencjami klęski”.

Krytyka radykalizmu wynikała z realistycznej diagnozy społecznej. “Polityka Polska” kwestionowała popularny wśród opozycji pogląd o poparciu niemal całego społeczeństwa dla działającej nielegalnie “Solidarności” i powszechności podziału społeczeństwo-władza. RMP rozpoznawał nowe zjawiska społeczne i wskazywał na wagę bagatelizowanych przez opozycję kwestii takich jak rozwój nowej przedsiębiorczości, odradzanie się lokalności, czy pojawienie się znaczących kwestii regionalnych (choćby dewastacja środowiska naturalnego na Górnym Śląsku).

Sprawdziła się również koncepcja polityki zagranicznej Ruchu. Program RMP kwestionował pogląd, że warunkiem odzyskania niepodległości jest rozpad Związku Sowieckiego. Publicystyka “Bratniaka”, a potem “Polityki Polskiej” zwalczała koncepcje prometejskie każące Polsce aktywnie wspierać aspiracje niepodległościowe narodów wchodzących w skład Związku Sowieckiego: “powinniśmy wyrzec się uczestnictwa w planach rozbicia Rosji na państwa narodowe. Uznajemy prawo każdego narodu do niepodległego bytu, ale każdy naród sam musi wypracować swą wolność. Nie jesteśmy “narodowymi egoistami”, ale istnieje “ordo caritatis”, które nakazuje w pierwszym rzędzie realizować dobro własnej wspólnoty (…) zaangażowanie się polityki polskiej w rozbijanie Rosji nie zostawiłoby nam ani jednej szansy na polsko-rosyjskie porozumienie, choćby na Kremlu zasiadać miał najbardziej antykomunistyczny Rosjanin”. Linia RMP zwrócona była przeciwko ”niepodległościowym radykałom” zwolennikom konfrontacji ze Związkiem Sowieckim, która mogła przynieść nieodwracalne szkody i pozbawić nas szans na odzyskanie niepodległości. W tym samym dokumencie czytamy: ”Szansę dla Polski stanowi przezwyciężenie Jałty. Polityka polska nie może jednak w obecnej dobie sama podjąć tej próby. Nie możemy, ani nie chcemy być “antyjałtańską” kolumną szturmową, bo niezależnie od wątpliwych wyników tego szturmu, Polska musiałaby zapłacić koszt tej operacji”.

W połowie lat osiemdziesiątych koncepcja młodopolska nabrała realnych kształtów. Podjęta przez Michaiła Gorbaczowa pierestrojka poszerzała pole wewnętrznej suwerenności i była jednym z czynników otwierających drogę do niepodległości. Rzeczywistość potwierdziła tezę, że polska droga do niepodległości musi uwzględniać sprzyjające okoliczności geopolityczne.

Trzeba w tym miejscu wyraźnie podkreślić, że RMP miał jednoznacznie okcydentalistyczny charakter. W założycielskim dokumencie RMP czytamy: “Zerwanie duchowej więzi z jednocząca się dziś powoli, ale nieustannie Europą – rzecz jasna Europą Ojczyzn – oznaczałoby również nasze samobójstwo duchowe”. W publicystyce “Bratniaka” i “Polityki Polskiej” Europa widziana była jako własny krąg kulturowy respektujący prawa osoby ludzkiej, własność prywatną i rządy sprawiedliwego prawa i potrafiący pogodzić wolność jednostki z autorytetem państwa.

Można więc powiedzieć, że w europejskim wymiarze program RMP miał zdecydowanie gaullistowski profil: wspólnoty europejskie widziane były jako obszar ścisłej współpracy państw narodowych opartej na wartościach cywilizacji chrześcijańskiej. Na rok przed strajkiem w Stoczni Gdańskiej Aleksander Hall pisał: “Proces budowania jedności europejskiej musi odbywać się przy pełnym poszanowaniu identyczności i suwerenności narodowej, musi być procesem systematycznego zbliżania się i współpracy narodów, w oparciu nie tylko o doraźne cele polityczne i ekonomiczne, ale również i przede wszystkim te same wartości i idee. Niezbędnym jego warunkiem są prawa każdego narodu do życia w niepodległym suwerennym państwie. Oczywiście ten cel stoi przed wszystkim narodami Europy Środkowowschodniej, w tym również i narodem polskim”.

Te koncepcje RMP były szczególnie ostro krytykowane przez lewicę solidarnościową, która oskarżała środowisko Ruchu o prorosyjskość i ugodowość. Z perspektywy lat młodopolska strategia okazała się jednak słuszna. Polska odzyskała niepodległości bez rewolucji, na dwa lata przed upadkiem Związku Sowieckiego. To prawda, że porozumienia “okrągłego stołu” zostały wykorzystane przez lewicę opozycyjną, która dotychczas odnosiła się wrogo do kompromisu z władzą. To prawda, że “okrągły stół” nie zainicjował budowy nowego państwa w pełni wolnego od wad PRL-u. Są to jednak zagadnienia należące już do rozrachunków III Rzeczypospolitej.

Zmarnowana szansa

RMP mógł w wolnej Polsce zainicjować proces budowy silnego stronnictwa prawicowego, jednak okres odzyskiwania niepodległości zbiegł się z silnym kryzysem wewnątrz samego Ruchu. Zabrakło woli wspólnego działania i niezbędnej determinacji. Trzeba powiedzieć też o słabościach programowych, które ujawniły się najostrzej w momencie, gdy po upadku komunizmu dawna opozycja stanęła przed zadaniem prowadzenia polityki państwowej. Teoretycznie RMP był najlepiej przygotowany do tego dzieła, wyrastał bowiem poza obszarem zabobonów demokratycznego socjalizmu. Na łamach “Polityki Polskiej” na długo przed okrągłym stołem pojawiły się teksty i omówienia rzeczników demokratycznego kapitalizmu. Postulaty odbudowy samorządu terytorialnego i odrodzenia własności prywatnej zgłaszane na marginesie opozycyjnej myśli politycznej okazały się wartościowymi składnikami ustroju niepodległej Rzeczypospolitej.

Jednak RMP – podobnie jak cała opozycja – nie był przygotowany do rządzenia. Nie miał programu ekonomicznego alternatywnego względem projektów reformowania gospodarki socjalistycznej. Nie dysponował także wnikliwą analizą stanu instytucji państwowych, wymiaru sprawiedliwości, policji, wojska. Dochodziła do tego słabość polityczna i organizacyjna Ruchu. RMP był zaprojektowany jako ugrupowanie mające odegrać kluczową rolę w formowaniu się polskiej prawicy, jego przywódcy nie mieli jednak politycznej woli odegrania roli opisywanej w wystąpieniach programowych i publicystyce “Polityki Polskiej”.

W dokumentach Ruchu przywoływany był wzór Ligi Narodowej jako formacji, która dysponowała wielką siecią instytucji społecznych. Tymczasem dorobek instytucjonalny środowiska był bardzo niewielki, RMP pozostał ugrupowaniem elitarnym, niezdolnym do zorganizowania wokół siebie odradzającej się prawicy.

Dziś pozostaje więc dziedzictwo Ruchu, który przywrócił myślenie w kategoriach interesu narodowego i stanowił przykład twórczej ideowej prawicy. Być może najcenniejszym i nadal pożytecznym składnikiem spuścizny Ruchu jest metoda kształtowania środowiska politycznego, oparta na systematycznej pracy formacyjnej. Po roku 1989 prawica zaniechała działań z zakresu edukacji politycznej, co fatalnie wpłynęło na jakość polskiej prawicy. Gołym okiem widać również, że proste, techniczne koncepcje naprawy naszego obozu poniosły klęskę. Klęskę poniosła także idea przemiany pokoleniowej jako panaceum na słabość prawicy. W myśl poglądów głoszonych przez Ligę Republikańską i środowisko “pampersów” młodzi mieli okazać się bardziej ideowi i kompetentni niż starzy politycy. Utworzony przez dwudziestolatków RMP nigdy nie głosił prostych recept wzrostu politycznego i nie uprawiał polityki młodzieżowej, szedł za to drogą samodzielnego kształtowania programu i szeroko zakrojonej pracy edukacyjnej. Powrót do RMP-owskiego modelu pracy formacyjnej, której celem będzie uformowanie się ideowych elit prawicowych na wysokim poziomie kompetencji jest warunkiem odrodzenia polityki polskiej.

Kazimierz Michał Ujazdowski

tekst ukazał się w „Kwartalniku Konserwatywnym” nr 6

Bliżej polityki. Prawdziwy sens wyborów

Dla konserwatystów silny samorząd to warunek dobrego i nowoczesnego ustroju. Ci, którzy widzą w reformie administracyjnej realizację utopii samorządowych, pomijają jej główną zaletę. Powiaty i silne województwa to szansa na tańsze i sprawniejsze państwo. Rzeczpospolita jest bowiem krajem scentralizowanym, posiadającym ociężałą i marnotrawną biurokrację centralną.

Dolny Śląsk należał do tych regionów Polski, które zapłaciły szczególnie wysoką ceną za centralizm. Miał wyraźną tożsamość i wielkie atuty ekonomiczne i kulturowe. Bez silnego samorządu aspiracje te nie mogły być spełniane. Dlatego też zmiana ustrojowa jest dla nas szczególnie korzystna.

Wykorzystamy te szanse, jeśli będziemy widzieć w nadchodzących wyborach akt budowy nowego państwa, nie zaś zwykły pojedynek wyborczy. Dlatego też warto pytać o programy lokalne i regionalne, jednym słowem o to, jak ugrupowania polityczne wykorzystają nowe kompetencje samorządu. Trzeba pytać o to, jak umożliwić integrację społeczności lokalnych i regionalnych oraz co zrobić, by potencjał kulturowy i akademicki Wrocławia decydował o atrakcyjności Dolnego Śląska. Samorząd jest okazją, a nie gwarancją lepszego rządzenia. Lekcja krajów europejskich jest w tym względzie bardzo wymowna. Zdarzało się, że samorząd wytwarzał własną odmianę biurokracji i skutecznie dławił wolność gospodarczą. Zjawisko to określano mianem socjalizmu gminnego. Żeby tego uniknąć, musimy nadać powiatom i województwom zupełnie inny charakter. Musimy zadbać o to, by miały sprawniejszą administrację i przyciągnęły do służby publicznej nowych, kompetentnych urzędników.

Naszą szansą jest taka polityka regionalna, która będzie wspierała prywatną przedsiębiorczość, a nie konkurowała z nią przy pomocy różnych agend opłacanych z pieniędzy podatników. Potrzebna jest promocja dobrych szkół i nauczycieli, a nie kontynuacja negatywnej selekcji w oświacie. Silny samorząd ma być dobrze zorganizowaną władzą publiczną, wolną od biurokratycznych wad.

Hasło wyborcze lewicy głosi: „Wasz rząd, nasz samorząd”. To hasło świadczy o tym, że dla SLD samorząd jest wyłącznie polem interesów partyjnych. Podobnie wystąpienia liderów Przymierza Społecznego nie wykraczają poza krytykę rządu Jerzego Buzka. Samorząd jest o tyle dobry, o ile daje możliwość konkurowania z rządem. Bardziej niż intencji postkomunistów boję się praktycznej strony ich polityki, tego, że potrafią psuć nawet dobrze urządzone instytucje. Wierzę jednak w zwycięstwo tych, którzy budowali nowe instytucje państwowe w miejsce karłowatych rad narodowych, i w to, że silny samorząd przyniesie rozwój Dolnemu Śląskowi.

Kazimierz M. Ujazdowski

Artykuł opublikowany w dzienniku „Gazeta Wyborcza”

Zapisz się na newsletter

Zostaw swój e-mail i bądź na bieżąco z działaniami Kazimierza Michała Ujazdowskiego

(wymagane) Wyrażam zgodę na otrzymywanie drogą elektroniczną na wskazany przeze mnie adres email informacji o działalności Kazimierza Michała Ujazdowskiego

FreshMail.pl