Biuro prasowe
Nie jestem homofobem ani rasistą – wywiad dla Gazety Wyborczej
Nigdy nie głosowałem za „nakazem leczenia homoseksualizmu” i nigdy nie zapowiadałem gejom „czarnej nocy” – zapewnia były minister kultury, były europoseł PiS, a dziś kandydat Koalicji Obywatelskiej na senatora w Warszawie.

Paweł Wroński: „Wyborcy Koalicji Obywatelskiej stoją przed alternatywą, czy wybierać PiS w szeregach PiS, czy PiS-owców w szeregach KO takich jak Paweł Kowal, Paweł Poncyljusz, Kazimierz M. Ujazdowski”. Słyszał pan taką opinię?

Kazimierz M. Ujazdowski: To jakaś niezrozumiała zawziętość. Zasadniczy spór w Polsce toczy się między zwolennikami wolności politycznej, praworządności i demokracji konstytucyjnej a rządzącą partią, która buduje władzę monopolistyczną. Ta linia podziału kształtowała się od 2015 r. Nie zmieniałem poglądów. Kilka tygodni po tym, jak PiS wygrało wybory, broniłem niezależności Trybunału Konstytucyjnego. Skoro stała się w Polsce rzecz nadzwyczajna i trzeba bronić rządów prawa, cywilizowanych form ustrojowych, chronić wolność polityczną, to trzeba zwracać uwagę na poglądy, a nie na przynależność. Raczej cieszyć się z różnorodności obozu obywatelskiego, a nie zawężać go w imię doktrynerstwa albo wypominania przeszłości.

Ale pan został wybrany z list PiS i w tej partii pozostawał do 2017 r. PiS w tym czasie nie publikował wyroków TK, przedstawił horrendalny projekt zmian w systemie sądownictwa uderzający w Sąd Najwyższy. Dużo tego było.

– Zaraz, zaraz. Moje pierwsze oświadczenie w sprawie TK wygłosiłem 4 marca 2016 r. Proponowałem kompromis, dopuszczenie do orzekania prawidłowo wybranych sędziów i zachowanie niezależności Trybunału. Odtąd systematycznie przeciwstawiałem się niszczeniu niezależności sądownictwa. Rzeczywiście – odszedłem z PiS na początku 2017 r., ale po tym, jak prowadziłem systematyczną kampanię w obronie sądownictwa. Gdy PiS obrało kierunek na zniszczenie TK, moje zdanie było jasne i klarowne.

Jeszcze w poprzedniej kadencji przekonywał mnie pan, że fałszywie przedstawiamy PiS jako partię antydemokratyczną. Dowodził pan, że to ugrupowanie wolnościowe.

– Uważam, że do objęcia władzy w 2015 r. PiS proponował politykę w normalnych, praworządnych ramach. Zaakceptowanie w kampanii wyborczej pakietu demokratycznego regulującego działania Sejmu rodziło nadzieję, że to będzie linia trwała. Uważam, że w październiku i listopadzie 2015 r. nastąpiło zerwanie z dotychczasową linią partii i hasłami głoszonymi przez Andrzeja Dudę i Beatę Szydło w kampanii – o słuchaniu ludzi, poszanowaniu reguł demokratycznych. Dużo ludzi zagłosowało na PiS – także dawnych wyborców PO – w przekonaniu, że nastąpi racjonalna reforma bez niszczenia państwa. Taka, która je wzmocni.

Pisał pan projekt konstytucji dla PiS wzmacniający władzę wykonawczą, konkretnie prezydenta. To było polityczne narzędzie Jarosława Kaczyńskiego, czas „ściągania cugli”.

– Projekt konstytucji z 2005 r., którego byłem współautorem, powstawał w tej samej logice co reformy ustrojowe Jana Rokity z PO – wzmocnienia, usprawnienia państwa w ramach praworządnych reguł. Przecież hasła „ściągnięcia cugli” nie wymyśliłem ja czy Kaczyński, tylko Rokita. Było podstawą filozofii projektu wspólnego rządu PO-PiS, którego byłem zwolennikiem. Zresztą w pierwszym rządzie PiS pełniłem funkcję ministra kultury z dbałością o podtrzymanie kooperacji z ówczesną opozycją. Władysław Bartoszewski był przecież szefem rady programowej Muzeum Historii Polski, powołałem Europejskie Centrum Solidarności z Pawłem Adamowiczem i władzami województwa pomorskiego. Ta polityka wychodziła poza horyzont partyjny.

Teraz, kiedy chodzi pan po ulicach Warszawy, ludzie nie pytają: „To pan nie jest z PiS?”?

 – Nie spotykam się z tego rodzaju reakcjami. Może jeden na 50 okazuje rezerwę wobec mojej kandydatury. Warszawa jest miastem otwartym, z potężną pozytywną energią. Natomiast spotykam się z hejtem w sieci. I to niebywałym. Jeśli osoba posiadająca stopień naukowy – mam na myśli prof. Monikę Płatek – twierdzi, że jestem antysemitą, rasistą i homofobem, to jest to przekroczenie wszelkich granic. Jestem wnukiem osoby, która zginęła w Auschwitz. Mój dziadek – adwokat, obrońca w procesie brzeskim – był Polakiem, ale podobnie jak Żydzi zginął w komorze gazowej. Jako minister kultury dawałem dowody szacunku dla innych narodów, ich kultury i dziś podaje się mnie jako kontrprzykład do ministra Glińskiego. Byłem współtwórcą Muzeum Historii Żydów Polskich. Powiedzenie o mnie „antysemita” i „rasista” jest absolutnie podłe. Jak mamy walczyć z niegodziwością PiS przy akceptowaniu takich praktyk ze strony obozu demokratycznego?

I zwolnił pan z Zachęty dyrektor Andę Rottenberg…

– Ale przyczyną nie były kwestie wolności artystycznej. Przeciw wystawie „Naziści” protestował Daniel Olbrychski. W 2006 r. współpracowałem z panią Andą przy projekcie Muzeum Sztuki Współczesnej. Ten zarzut jest nietrafiony. Nie jestem przeciwnikiem wolności sztuki, nie jestem rasistą ani homofobem.

Ci, którzy mówią o homofobii, przypominają głosowanie w Parlamencie Europejskim, w którym faktycznie poparł pan leczenie homoseksualizmu oraz mówienie o „czarnej nocy dla gejów” pod rządami PiS.

– Sformułowanie o „czarnej nocy dla gejów” nigdy nie padło z moich ust. Pojawiło się 13 lat temu w jednym z lewicowych tygodników, ale tam również nie był to cytat z mojej wypowiedzi, lecz ocena tegoż tygodnika. Nigdy nie głosowałem w PE za leczeniem homoseksualistów. Było to głosowanie nad wezwaniem do ustanowienia zakazu tej terapii. Mam rezerwę do głosowań w sprawach dotyczących ustawodawstwa krajowego.

Nie rozumiem tego tłumaczenia.

– W ostatniej chwili posłowie ALDE (frakcja liberalna) do rezolucji dodali zapis, który wzywał do zakazu terapii dla osób homoseksualnych. Uznaliśmy, że ma to niewiele wspólnego z treścią rezolucji, a sprawa zakresu lecznictwa jest w gestii państw członkowskich. Zaś w Polsce nie ma przymusu terapii konwersyjnej. Przez myśl by mi nie przeszło, że można być na tej podstawie oskarżonym o dyskryminację homoseksualistów. Nie głosowałem za „nakazem leczenia homoseksualizmu”, jak mi się zarzuca.

Teraz by pan podobnie zagłosował?

– Baczyłbym na to, że może to urażać osoby LGBT.

Ogłosił pan, że zgodnie z programem KO w razie wyboru zagłosuje w Senacie za związkami partnerskimi, ale mam też inny test. Ostatni rozłam w PO w styczniu 2017 r. polegał na tym, że grupa posłów z Markiem Biernackim na czele odmówiła głosowania za przesłaniem do komisji obywatelskiego projektu zakładającego liberalizację ustawy antyaborcyjnej. Jak by pan głosował w tej sprawie?

– Zacznijmy od tego, że jestem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego. I wbrew temu, co mi się przypisuje, nie angażowałem się w zmianę tego stanu prawnego.

Tamci też twierdzili, że są zwolennikami kompromisu. Tłumaczyli, że głosowanie dotyczy kwestii sumienia, choć miało charakter wyłącznie techniczny.

– Byłem twórcą „pakietu demokratycznego”, który został przyjęty przez PiS. Obecnie zaakceptowała go PO, a PiS zamroziło. „Pakiet” zakłada, że projekty obywatelskie są przyjmowane przez Sejm i kierowane do dalszych prac. Nie powinny być odrzucane w pierwszym czytaniu. Tyle.

Pan jest z Wrocławia. Dlaczego nie kandyduje we Wrocławiu?

– Kierownictwo KO zaproponowało mi stolicę. Warszawa jest miastem otwartym i bardzo przyjaznym przybyszom. Moja rodzina mieszkała tu od powstania styczniowego. W powstaniu warszawskim nasze mieszkanie zostało starte w pył i losy rzuciły nas do Kielc. Zamieszkałem w Warszawie w 1989 r., gdy minister Aleksander Hall zaproponował mi pracę w swoim gabinecie. Później dzieliłem czas między Warszawę a Wrocław. Moje kompetencje prawnicze w rekonstrukcji rządów prawa są oczywiste. Jako minister kultury sprawowałem opiekę nad wieloma instytucjami o państwowym znaczeniu.

Pana kandydaturę jako „pisowską alternatywę” skrytykował lider Obywateli RP Paweł Kasprzak, który sam chce wystartować do Senatu z Warszawy.

– Gdyby ten model zastosować we wszystkich okręgach, to w wyborach do Senatu PiS odniesie bezapelacyjne zwycięstwo. Opinia publiczna czekała na porozumienie opozycji w wyborach do Senatu.Gdy do niego doszło, zaczynają się w nim wyłomy, na których korzyści odnosi jedynie PiS

Porozumienie staje się trochę kulawe.

 

Rozmawiał Paweł Wroński 

Tekst Macieja Zięby OP „Dar i dług”

Serdecznie polecam tekst o. Macieja Zięby o pokoleniu Jana Pawła II.

Wkrótce minie 40 lat od wyboru kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Co ten fakt oznacza dla „pokolenia Jana Pawła II”, które swoją dojrzałą wiarę formowało pod wpływem świadectwa, nauczania i spotkania z Janem Pawłem II?

Sądzę, że wspólna mu być powinna świadomość daru i świadomość długu. Daru, bo bez wątpienia Polska wkroczyła w uprzywilejowany okres swej historii, lepszy od jakiegokolwiek okresu w przeciągu trzech ostatnich stuleci. A to uprzywilejowanie, wyzwolenie z komunizmu i włączenie się we wspólnotę europejską, w ogromnym stopniu zawdzięczamy Janowi Pawłowi II. Jako ludzie wierzący, otrzymaliśmy też od niego integralną propozycję chrześcijaństwa – otwartego i nowoczesnego, a zarazem ewangelicznie radykalnego i wiernego Tradycji. Otrzymaliśmy Kościół o odmienionym obliczu, bo jeszcze 40 lat temu sporo było w nim lęków i podziałów, statystyki wieściły szybkie jego wymieranie, a teologowie pisali o „śmierci Boga”.

To doświadczenie daru powinno też rodzić poczucie długu, który zaciągnęliśmy żyjąc w epoce Jana Pawła II, poczucie zobowiązania do wierności temu, czym żył i czego nauczał. I nie jest to jedynie imperatyw moralny, ale też wynik spojrzenia na naszą historię oczyma wiary. Fakt, że Polakom urodzonym po II wojnie światowej okrutne, ekstremalne doświadczenia, typowe, dla tylu wcześniejszych generacji, zostały oszczędzone ma również swój wymiar teologiczny. Tak też swoją biografię interpretował Jan Paweł II. Choćby w „Darze i tajemnicy”, kiedy pisał o rozumieniu swojego kapłaństwa: „Mnie te najcięższe doświadczenia zostały przez Opatrzność oszczędzone, ale dlatego mam tym większe poczucie długu w stosunku do tylu znanych mi ludzi, a także jeszcze liczniejszych owych bezimiennych, bez różnicy narodowości i języka, którzy swoją ofiarą na wielkim ołtarzu dziejów przyczynili się w jakiś sposób do mojego powołania kapłańskiego”. Pan Historii przemawia poprzez wydarzenia. I w naszych czasach przemówił do nas przez fakt o historycznym wymiarze: „wydarzenie Jana Pawła II”.

Wymiar katolicki, uniwersalny

Owszem były w Kościele kręgi, które temu pontyfikatowi nie sprzyjały. Po, pierwsze, katolicy określający siebie jako liberalni i otwarci. Dla nich Karol Wojtyła był papieżem zbyt konserwatywnym, anachronicznym w sprawach celibatu, kapłaństwa kobiet czy eutanazji. Druga grupa to integryści. Ci mieli mu za złe gesty ekumeniczne, wyznanie win Kościoła, obrazoburcze modlitwy o pokój przedstawicieli różnych religii w Asyżu, czy akt idolatrii za jaki uważają ucałowanie przez Jana Pawła II Koranu.

Ale w 1978 roku ta konfrontacja progresistów z integrystami, była bez porównania silniejsza, wręcz rozszarpywał jedność Kościoła odbierając mu wiarygodność i dynamikę. Jak to określił Zbigniew Brzeziński: „Kościół się rozpływał”.

To pontyfikat Jana Pawła II otworzył znów Kościół na młodzież i nadał mu misyjny dynamizm. To wtedy powstał Katechizm, a Kościół stał się największym na świecie obrońcą praw człowieka. To połączenie wierności depozytowi wiary z otwartością na świat było ogromnym osiągnięciem papieża z Polski. „Pontyfikat Jana Pawła II w znacznej mierze przyczynił się do unieważnienia tradycyjnej opozycji progresizm – integryzm” – słusznie podkreśla życzliwy obserwator z zewnętrza Kościoła, Leszek Kołakowski.

I podtrzymywanie stanu, w którym postawy skrajne nie dominują w dyskursie we wnętrzu Kościoła, to jedno z wielkich zadań, które staje przed „pokoleniem Jana Pawła II”. A kluczem do jego osiągnięcia jest – zdaniem Papieża – głęboka, twórcza recepcja nauczania Soboru Watykańskiego II. Podkreślał to od samego początku swojej posługi, aż do jej końca.  Ta mówił o tym do kardynałów w dzień po wyborze: „Naszym niewątpliwym obowiązkiem jest staranne doprowadzenie Soboru do skutku. Czyż bowiem ten powszechny Sobór nie jest kamieniem milowym, wydarzeniem największej wagi w dziejach Kościoła, trwających już prawie dwa tysiąclecia, a więc i najważniejszym wydarzeniem w religijnych dziejach świata i czyż nie dotyczy on całej dziedziny kultury ludzkiej?„ Podobną myśl znajdziemy w testamencie Papieża: „Stojąc na progu trzeciego tysiąclecia «in medio Ecclesiae», pragnę raz jeszcze wyrazić wdzięczność Duchowi Świętemu za wielki dar Soboru Watykańskiego II, którego wraz z całym Kościołem – a w szczególności z całym Episkopatem – czuję się dłużnikiem. Jestem przekonany, że długo jeszcze dane będzie nowym pokoleniom czerpać z tych bogactw, jakimi ten Sobór XX wieku nas obdarował”.

Wymiar polski

Polskie dziedzictwo, polska kultura, polskie doświadczenie Kościoła w wielkim stopniu ukształtowało przyszłego papieża. Podkreślał to w licznych tekstach adresowanych do całego Kościoła, a także w programowych wystąpieniach do tak znaczących forów jak UNESCO, czy Zgromadzenie Ogólne ONZ. Dlatego warto się zastanowić nad papieską interpretacją polskiej historii, nad tym jakie wyniesione z naszej ziemi wartości uważał on za najistotniejsze. Syntezą papieskich rozważań na te tematy jest „Pamięć i tożsamość”, gdzie podkreślając prymat kultury nad polityką i ekonomią przywołuje Jan Paweł II przykład Polski wielokrotnie skazywanej na śmierć przez swoich sąsiadów, która ocaliła swą tożsamość i suwerenność dzięki kulturowej żywotności. Kultura „okazała się w tym przypadku potęgą większą od tamtych potęg” – konkluduje Autor.  A kwintesencją „ducha polskiego” jest dlań „polskość epoki jagiellońskiej”, która to ”pozwoliła na utworzenie Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii. Wszyscy Polacy nosili w sobie tę religijną i narodową różnorodność”. Bez wątpienia jest to interpretacja rodzimej historii. Epoka jagiellońska nie była przecież idyllą. Nie zmienia to jednak faktu – przypominanego przez Jana Pawła II – że na tle narastających despotyzmów, na tle ogarniającej Europę nietolerancji, Rzeczpospolita Obojga Narodów wyróżniała się niezwykle korzystnie. To w niej profesorowie Akademii Krakowskiej opracowywali teorię praw człowieka, to tu Żydzi nie tylko mogli czuć się bezpiecznie, ale i rozwijać swą kulturę, to tu ostatni z Jagiellonów mógł powiedzieć do swych ziomków – a było to w dobie wojen religijnych i obowiązywania w Europie zasady cuius regio eius religio – „nie jestem królem waszych sumień”.  „Polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie” – konkludował Papież. Tym bardziej jednak gorzko brzmiało ostatnie zdanie: „wydaje się jednak, że ten ‘jagielloński’ wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym”.

Ten papieski wyrzut warto chyba odczytywać w optyce długu zaciągniętego przez „pokolenie Jana Pawła II”. Budowanie nowoczesnego patriotyzmu, twórcze nawiązywanie do tego, co w naszej tradycji najlepsze, jest wedle Jana Pawła II podstawową społeczną wartością, zarazem głęboko zakorzenioną w chrześcijańskiej tradycji. Patriotyzm oznacza jednak poczucie wspólnoty – wspólne, dzielone wraz z innymi, „my” otwarte na horyzont wspólnego dobra. To polskie „my” – jak dobrze wiemy – jest dziś bardzo głęboko zranione.

Tak więc mozolna praca nad odbudowaniem głębokiego poziomu polskiego „my” to także ważna forma spłacania długu zaciągniętego przez „pokolenia Jana Pawła II”. A dla każdego, kto słuchał i czytał Papieża nie ulega wątpliwości, że owo wzmacnianie winno się dokonywać przez odbudowę „etosu solidarności”.

Przypomnijmy kluczowe dla zrozumienia wydarzeń 1989 roku – nazwanego przez Jana Pawła II annus mirabilis -słowa z Gdańska w 1987 roku: „Solidarność — to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy „brzemię” dźwigane przez człowieka samotnie”. Dlatego później w Sejmie Rzeczypospolitej apelował, by troszczyć się o moralne przesłanie „Solidarności” i wedle niego kształtować politykę i szerzej: działalność publiczną. Puściliśmy mimo uszu te papieskie słowa. A to zapewne one będą papierkiem lakmusowym dla przyszłym pokoleń. Trudno bowiem – patrząc na bolesne podziały w polskiej współczesności – uciec od konstatacji, że dług zaciągnięty przez nas wobec Jana Pawła II wciąż się dzisiaj powiększa.

Autor: Ojciec Maciej Zięba – dominikanin, doktor filozofii, teolog i publicysta

Tekst red. Grajewskiego „Trzeba coś z tym zrobić”

Nowelizacja ustawy o IPN jest próbą przeciwdziałania pladze rozpowszechnianego przez media na Zachodzie kłamstwa o „polskich obozach śmierci”.

Do Sejmu trafił przygotowany przez posłów PiS projekt nowelizacji ustawy o IPN, który nakłada na Instytut obowiązek karnego ścigania kłamstwa o rzekomych „polskich obozach koncentracyjnych” czy „polskich obozach zagłady” istniejących jakoby podczas II wojny światowej. Projekt przewiduje dopisanie do ustawy o IPN dwóch punktów, stanowiących, że kto publicznie oskarża o udział w masowych zbrodniach polskie, niepodległościowe, niekomunistyczne podziemne formacje i organizacje Polskiego Państwa Podziemnego, a także publicznie używa słów: „polskie obozy śmierci”, „polskie obozy zagłady”, „polskie obozy koncentracyjne” lub innych, które stosują przymiotnik „polskie” wobec niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych i ośrodków zagłady, podlega grzywnie, ograniczeniu wolności lub karze pozbawienia wolności do lat 5. Pomimo protestów posłów SLD oraz z ugrupowania Palikota projekt nie został przez Sejm odrzucony, lecz skierowany do dalszych prac w komisji.

Polskie obozy śmierci

Sprawa jest ważna, gdyż każdego roku w światowych mediach ukazują się setki artykułów używających na opisanie niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych określenia „polskie obozy koncentracyjne” bądź „polskie obozy śmierci”. Interwencje, zwracanie uwagi niewiele dają. Gazety, stacje radiowe bądź telewizyjne po interwencjach czasem przepraszają, a później często ci sami dziennikarze powtarzają kłamstwo. Sformułowania „polish death camp” (polski obóz śmierci) użył nawet prezydent USA Barack Obama, nadając Janowi Karskiemu Prezydencki Medal Wolności.

Więcej w wydaniu papierowym lub e-wydaniu.

Polecam tekst „Sprawiedliwi. Jak Polacy ratowali Żydów przed zagładą”- spotkanie z Grzegorzem Górnym


Autor: Grzegorz Górny

Wstęp: Norman Davies

Premiera: 2 grudnia 2013

Książka „Sprawiedliwi“ opowiada o Polakach, którzy podczas okupacji hitlerowskiej ratowali Żydów, a wielu z nich przypłaciło to nawet życiem (jak np. rodziny Ulmów, Kowalskich czy Baranków). Autor przypomina, że po to, by uratować jednego zbiega z getta, potrzebna była pomoc co najmniej dziesięciu wtajemniczonych Polaków. Hanna Krall wspominała łańcuszek aż 42 ludzi dobrej woli, którzy zaangażowali się w ocalenie jej życia jako małej dziewczynki. Konspiracja w obronie Żydów była więcej zjawiskiem znacznie szerszym niż się zwykło uważać.

Bogato ilustrowana książka pokazuje kontekst polityczny i społeczny, w jakim doszło do niemieckiego ludobójstwa. Prezentuje zjawisko ratowania Żydów zarówno w wymiarze historycznym, jak i w przez pryzmat pojedynczych ludzkich losów. Oparta na materiałach archiwalnych, zawiera bogaty materiał faktograficzny, zarówno w warstwie tekstowej, jak i ilustracyjnej. Zawiera opis sytuacji ludności zarówno polskiej, jak i żydowskiej pod okupacją niemiecką oraz stosunku między tymi narodami. Pokazuje postawę wobec holocaustu władz Polskiego Państwa Podziemnego, środowisk konspiracyjnych, Kościoła katolickiego i różnych grup społecznych. Opowiada też o akcji pomocy Żydom, dokonywanej zarówno indywidualnie, jak i w sposób zorganizowany („Żegota”). Jako świadkowie historii na kartach książki pojawiają się takie postaci, jak m.in. Władysław Bartoszewski, Marek Edelman, Irena Sendlerowa czy Szewach Weiss.

Publikacja oddaje hołd i sprawiedliwość bohaterom tamtych trudnych czasów. Nie tylko upomina się o prawdę historyczną, lecz także przeciwstawia się rozpowszechnionym w niektórych środowiskach za granicą kłamliwym stereotypom na temat postawy naszych rodaków podczas II wojny światowej (naród antysemitów, szmalcowników i szabrowników).

Fragment wstępu Normana Daviesa
Inne wojenne sprawy wciąż oczekują na swoją właściwą odsłonę. Należy do nich wzruszająca opowieść o heroicznych Polakach ratujących Żydów wbrew wszelkim przeciwnościom. Żaden naród nie składa się z samych bohaterów i Polacy nie stanowią wyjątku, chociaż przypadła im w udziale całkiem pokaźna ich liczba. Historia II wojny światowej nie może się obyć bez wyjaśnienia, czym była Żegota i kim byli ludzie, tacy jak Irena Sendlerowa czy katolickie zakonnice przygarniające żydowskie dzieci. Zwykła sprawiedliwość wymaga stosownego upamiętnienia tych osób, nie dlatego, że byli Polakami, tylko dlatego, że zachowali się, jak przystało na chrześcijanina oraz wrażliwą istotę ludzką.
Myli się ten, kto sądzi, że imiona zapisane w Yad Vashem to ostateczny rachunek. Władze Izraela mogą upamiętnić jedynie tych, których nazwiska zostały im przekazane i przeszły niezwykle surową weryfikację. Nie wiemy nic o bardzo wielu innych ludziach: tych, którzy dawali schronienie żydowskim rodzinom, nawet jeśli tylko na dwa lub trzy dni w chwilach największego zagrożenia, tych, których naziści mordowali razem z ich żydowskimi gośćmi, zacierając tym samym wszelkie ślady ich bohaterstwa, tych, którzy spełnili swój obowiązek podczas wojny, a potem zachowali milczenie. Istnieje zatem jeszcze jedno istotne rozróżnienie: „sprawiedliwi Polacy” znani Yad Vashem i inni Polacy, znani jedynie Bogu.

*   *   *

Spotkanie z autorem – Grzegorzem Górnym – 5 grudnia o godz 19.00 w Sali Teatralnej przy Parafii Wszystkich Świętych, pl. Grzybowski w Warszawie

Polecam nową stronę poświęconą pamięci Polaków ratujących życie Żydom

Gorąco polecam stronę www.zyciezazycie.pl poświęconą pamięci Polaków, którzy narażali życie, by ratować Żydów.

Kazimierz M. Ujazdowski

Zapisz się na newsletter

Zostaw swój e-mail i bądź na bieżąco z działaniami Kazimierza Michała Ujazdowskiego

(wymagane) Wyrażam zgodę na otrzymywanie drogą elektroniczną na wskazany przeze mnie adres email informacji o działalności Kazimierza Michała Ujazdowskiego

FreshMail.pl