Biuro prasowe
Szkodliwy spór o Trybunał
6 marca 2016

Jeśli spór o legitymację i pozycję ustrojową sądownictwa konstytucyjnego w Polsce ma być rozwiązany zacząć należy od uznania złożoności racji w tej sprawie. Doktrynerstwo i polityczna zawziętość muszą zostać odsunięte. Trzeba czerpać wzory z Alexisa de Tocqueville’a i innych, którzy potrafili identyfikować znaczenie instytucji konstytucyjnych w perspektywie dłuższego trwania i budować wokół nich zaufanie.

Kłopot dla rządzących

Przez wiele wieków gwarancje wolności i rządów prawa lokowano w niezależności sądów powszechnych. Demokracja parlamentarna XIX wieku zakładała, że ponieważ tylko parlament wyraża suwerenność narodu, ustawy są konstytucyjne z chwilą ich uchwalenia. Stąd wykluczano ich ocenę zarówno przez sąd powszechny, jak i specjalny sąd konstytucyjny.

Większość prawników II RP całkowicie identyfikowała się z tym poglądem. Konstytucja Marcowa realizowała prymat ustaw i wykluczała kontrolę ich stanowienia. Warto jednak przypomnieć, że idea powołania Trybunału Konstytucyjnego po raz pierwszy została postawiona przez konserwatystów i endecję. Konserwatyści uważali, że wola wyrażona w wyborach parlamentarnych podlega konstytucji, a nie na odwrót. Sądownictwo konstytucyjne rozwinęło się w powojennej Europie wskutek dwóch czynników: gwałtownie wzrastającej liczby regulacji prawnych i wrażliwości na ochronę praw i wolności po doświadczeniach nazizmu i komunizmu. Dziś w dobie rozrostu prawa i jego specjalizacji demokracja konstytucyjna jest standardem. Dojrzałe kraje europejskie mają aktywne sądy konstytucyjne, które nieraz sprawiają kłopoty rządzącym. Trybunał w Karsluhre nieraz spędzał sen z oczu kanclerzom Niemiec. Chciałbym, by w Polsce ukształtował się sąd tak podmiotowy i silnie broniący tożsamości konstytucyjnej wobec prawa europejskiego.

Politycy muszą uznać ważny interes państwa i obywateli, uzasadniający istnienie sądu, którego misją jest ochrona nadrzędności konstytucji. To prawda, że może on osłabiać swój autorytet wtedy, gdy z oportunizmu uchyla się od orzeczeń kłopotliwych dla władzy lub nadużywa władzy, interpretując konstytucję wbrew jej zasadom i przepisom. To destrukcyjne działania dla państwa i samego Trybunału.

Obraz nie tylko czarno-biały

Bilans TK w wolnej Polsce wymaga użycia większej ilości kolorów, niż czarny i biały.

Wiele razy wypowiadałem się krytycznie o orzeczeniach TK np. wtedy, gdy chronił prawa własności spółdzielni przeciw spółdzielcom. Byłem zaskoczony, gdy w czasie prac nad nowelizacją konstytucji latem 2011 r. prezesi Rzepliński i Biernat wystąpili przeciwko mojej propozycji prewencyjnej kontroli umów międzynarodowych. Wzmacniałoby to prymat konstytucji i pozwalało całemu państwu panować nad procesem integracji europejskiej.

Jednak w żadnym razie nie mogę zgodzić się z tymi głosami na prawicy, które widzą w TK schorowaną instytucję III RP, zasadniczą przeszkodę w reformowaniu państwa. Trzeba pamiętać, że TK jeszcze przed uchwaleniem konstytucji, ugruntował decentralizację i podstawowe gwarancje praw podatników. Wtedy także, w czasie prezesury Andrzeja Zolla, wydał pozytywne orzeczenie w sprawie prawa do życia od chwili poczęcia. Stało się to przedmiotem ostrych ataków z pozycji lewicowo liberalnych widocznych szczególnie w pracach prof. Wojciecha Sadurskiego. Nawet w ostatnim czasie TK wydawał orzeczenia zasługujące na uznanie, znosząc bankowy tytuł egzekucyjny i wzmacniając klauzulę sumienia lekarzy.

Doktrynę TK należy oceniać z punktu widzenia celu, jakim było wydobywanie się Polski spod balastu prawnego komunizmu i budowa nowego państwa. TK nie raz wspierał pozytywne tendencje, zazwyczaj w sporze z wnioskami SLD. Zdarzały się też decyzje idące we wstecznym kierunku (lustracja 2007 r.), ale w sumie przeważają pozytywne aspekty.

Odpowiedzialność za wszczęcie konfliktu w prawie Trybunału spada na PO, która świadomie doprowadziła do naruszenia konstytucji wybierając 5 sędziów podczas gdy konstytucyjnie zasadny był wybór 3. W rewanżu nowa większość parlamentarna podjęła decyzje, których trudno mi bronić, po czym konflikt wymknął się spod kontroli.

Sześciu nowych sędziów

Wniosek do Komisji Weneckiej był błędem co do zasady, nie taktyki. MSZ nie powinno odwoływać się do instancji zewnętrznych w sprawie reform konstytucyjnych. Kompromis w sprawie TK jest konieczny nie ze względu na wskazania Komisji Weneckiej, lecz – dobro państwa i jego prawidłowe funkcjonowanie. Powinien być zawarty szybko, w formach, które podkreślają suwerenny wysiłek instytucji konstytucyjnych.

Kompromis oznacza podjęcie decyzji w trzech sferach. W pierwszej kolejności chodzi o status 3 sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji i 3 sędziów wybranych w grudniu 2015 r. Ci ostatni czekają tylko na dopuszczenie do sądzenia. Cała szóstka powinna objąć stanowiska sędziowskie. Wyrazem dobrej woli prezesa Andrzeja Rzeplińskiego będzie dopuszczenie sędziów Lecha Morawskiego, Mariusza Muszyńskiego i Henryka Ciocha. Jednocześnie wybór sędziów Romana Hausera, Andrzeja Jakubeckiego i Krzysztofa Ślebzaka powinien być ponownie potwierdzany. Sędziowie powinni obejmować stanowiska sukcesywnie z chwilą wygaśnięcia kadencji sędziów Mirosława Granata, Andrzeja Rzeplińskiego i Stanisława Biernata. Oznacza to ze profesor Hauser mógłby objąć stanowisko już w kwietniu. Wymaga to wiarygodnej deklaracji ze strony prezydenta i większości parlamentarnej.

Następnie w specjalnym trybie trzeba podjąć prace nad nową ustawą o Trybunale Konstytucyjnym. Jej podstawą powinna być opinia komisji złożonej z byłych sędziów TK cieszących się niekwestionowanym autorytetem i konsekwentnie przestrzegających neutralności politycznej. Nie mogłoby zabraknąć w tym gronie prof. Wojciecha Łączkowskiego i prof. Biruty Lewaszkiewicz-Petrykowskiej.

Następnym krokiem po przyjęciu ustawy będzie wybór nowego prezesa TK w grudniu tego roku z misja odbudowy zaufania do instytucji. Kompromis w sprawie TK jest konieczny. W przeciwnym razie konflikt będzie narastał. Wielomiesięczny spór o TK kompromitować będzie państwo w oczach obywateli i szkodzić wizerunkowi Polski.

Nie mogę milczeć

Formułuję publicznie moje zdanie, choć nie jestem formalnie do tego zobowiązany jako poseł do Parlamentu Europejskiego. Jednak sprawa dotyczy kwestii, którą zajmowałem się zarówno w pracy publicznej jak i naukowej. Obok mecenatu kultury to zasadniczy obszar mojej odpowiedzialności. Wielokrotnie przedstawiałem projekty reform konstytucyjnych, zawsze jednak szanując literę prawa i dbając o jak największe zaufanie obywateli do instytucji.

Celem tej wypowiedzi nie jest dystansowanie się wobec PiS, ale wypowiedzenie opinii w podstawowej dla państwa kwestii. Kwestii, która na długo określi jego wiarygodność i wizerunek.

Jedną z miar odpowiedzialności w polityce jest samodzielność w myśleniu i gotowość wyrażenia opinii, także wtedy, gdy reprezentuje się pogląd odosobniony lub podzielany przez mniejszość. Obawa przed utratą pozycji politycznej nie jest powodem, by milczeć w chwili, gdy może jeszcze dojść do dobrego dla wszystkich rozwiązania.

Polska tradycja ustrojowa wzbrania się przed traktowaniem prawa jako instrumentu władzy. Wierzę, że przy wszystkich podziałach politycznych, postrzeganie roli prawa w państwie jest bliskie wszystkim siłom politycznym i instytucjom zaangażowanym w stanowienie i stosowanie prawa. Stanowi zatem fundament, który jest podstawą kompromisu, a zarazem wartością, której nie wolno zniszczyć dla jakichkolwiek doraźnych interesów.

Kazimierz Michał Ujazdowski

 

tekst opublikowany w tygodniku Rzeczpospolita

 

 

Zapisz się na newsletter

Zostaw swój e-mail i bądź na bieżąco z działaniami Kazimierza Michała Ujazdowskiego

(wymagane) Wyrażam zgodę na otrzymywanie drogą elektroniczną na wskazany przeze mnie adres email informacji o działalności Kazimierza Michała Ujazdowskiego

FreshMail.pl